Zerwanie z przeszłością

Długo się zbierałam, żeby ta notkę w końcu napisać… Do tej pory o tym wszystkim wiedziały może trzy, cztery osoby. Nie jest łatwo, ale w końcu musze to tutaj napisać, żeby nie nosić tego już w sobie…

Pamiętacie historię Ani z Gdańska? Tej, która popełniła samobójstwo po tym jak koledzy z klasy tak bardzo ją poniżyli? Chyba jeszcze nigdy śmierć zupełnie obcej mi osoby tak bardzo mnie nie poruszyła… To było dawno, chyba w zeszłym miesiącu albo dwa temu… A ja wciąż o tym pamiętam i nie umiem pogodzić się z jej śmiercią…

To była piąta albo szósta klasa podstawówki. Teraz już nie pamiętam… Najlepsza klasa w szkole. Wtedy doszło do nas kilku chłopaków z poprzednich lat. Przeklinali, palili papierosy, pyskowali nauczycielom. Wiadomo, imponowali młodszym od siebie. To był ten okres kiedy dziewczyny zaczynają myśleć o chłopakach a chłopcy o dziewczynach…

W połowie roku coś się zaczęło dziać. Początkowo niewinnie, w butelkę na pytania. Na początku neutralne, potem coraz bardziej osobiste, w końcu intymne. W to jeszcze się bawiła, no bo przecież nie będę się wyłamywać prawda?

Potem w naszej klasie założył się klub. Do teraz nie wiem na jakich zasadach on działał, bo nigdy do niego nie należałam… W każdym razie, chłopcy zaczęli się dobierać do dziewczyn. Najpierw to były podszczypywania i głupie komentarze, potem ich ręce na naszych kolanach… I nie tylko…

Nie chcę o tym rozpisywać, co dokładnie się działo, bo i po co… Mi nigdy to się nie podobało i nie zgadzałam się na to… Ludzie w klasie zaczęli mnie unikać. Bo byłam inna. Przyjaciółki się odwróciły, znajomych spoza klasy nie miałam… Zostałam sama. Zupełnie sama. więc się zamknęłam w sobie…

Nie mogłam o tym nikomu powiedzieć… Mama była wicedyrektorką, jakbym jej powiedziała to w szkole wybuchłaby wielka afera… Nie tylko pozostałabym sama, ale jeszcze wszyscy wytkali by mnie palcami…

Czy miałam myśli samobójcze? Miałam. Nie raz nie dwa chciałam wtedy odebrać sobie życie… Ale zawsze miałam poczucie, że ktoś mnie kocha… Mam wspaniałą rodzinę, nigdy nie czułam się odrzucona przez mamę albo tatę. Nie umiałam tego im zrobić… Wtedy tez po raz pierwszy doświadczyłam obecności Jezusa… W końcu – tylko Jemu mogłam opowiedzieć o tym wszystkim, o tym, jak się czułam…

Kiedyś na godzinie wychowawczej mieliśmy anonimowo napisać na karteczkach, co nam się w klasie nie podoba… Wtedy napisałam o wszystkim… Oczywiście nie pozostało to anonimowe, koleżanka z ławki musiała widzieć i powiedzieć innym co napisałam…

Jedynym krokiem, jaki podjęto wobec naszej klasy było to, że klasy na przerwach pozostawały otwarte i nauczyciele czasem wchodzili… Poczułam się oszukana… Już nikt wtedy ze mną nie rozmawiał. Kapuś. Kabel. Lizus.

Wtedy jakoś powoli to ucichło… Czy do końca pozostałam wierna swoim zasadom? Nie… Niestety, miałam już tak dość samotności, że uległam… Po prostu w pewnym momencie tez pozwoliłam tak się traktować… Na szczęście to już była wiosna, i nie trwało to już długo… Na szczęście skończył się ten rok szkolny.

Chciałabym napisać że na tym się skończyło. Że nie miało to żadnego wpływu na moje życie… Niestety, nie mogę tego powiedzieć…

Straciłam całkiem szacunek do siebie. Było mi obojętne co się ze mną będzie działo… Co było wtedy moim marzeniem? Wstyd się przyznać… Sesja w jakimś piśmie typowo dla facetów… Może zarabiać jako prostytutka? Czemu by nie? Do teraz mnie wkurza, że pracując w jakimś night clubie taka dziewczyna zarabia 10 tys na miesiąc…

Jezus bardzo mnie kocha… Nie pozwolił, żebym wpadła w jakieś złe towarzystwo…  Nie pozwolił mi spełnić tych “marzeń”…

Poszłam do szkoły, do której miałam najdalej. Nie chciałam mieć z tymi ludźmi już nic wspólnego… Gdy poszłam do gimnazjum salezjańskiego, nikogo tam nie znałam… Byłam bardzo zamknięta w sobie i nieufna… Z jednej strony bardzo potrzebowałam akceptacji, przyjaźni, z drugiej – nikomu nie umiałam zaufać. Z chłopakami w ogóle nie potrafiłam rozmawiać…

Przez całe trzy lata może na palcach jednej ręki można policzyć, ile razy rozmawiałam z facetami… Powoli zaczęłam się otwierać… Religia, Msze klasowe i szkolne… To było to czego potrzebowałam… Zaczęłam zawierać znajomości… Zaczęłam wychodzić z tej mojej skorupki… Szło to topornie, ale szło… Miałam szczęście, że wtedy nikt mnie bardzo nie zranił…

Wtedy, gdy tak powoli się otwierałam, postanowiłam pojechać na obóz wędrowny. W sumie to siostra mnie zmusiła i chyba nigdy za to jej się nie odwdzięczę :)  Nie było tam ani jednej osoby, którą bym wcześniej znała, więc nie musiałam się przejmować tym co robię, jak się zachowuję. Chyba po raz pierwszy od podstawówki byłam sobą przy rówieśnikach.

Tam spotkałam M. Tam zaczęliśmy chodzić. Do teraz nie wiem, jak to było możliwe… Chyba słońce, wakacje… W każdym razie to była najwłaściwsza osoba, która mogłam poznać, z którą mogłam zacząć chodzić :) Powoli nauczył mnie otwierać się na innych. Pokazał mi, że nie wszyscy faceci są tacy jak ci z podstawówki… Że tez są wartościowi. Nauczył mnie rozmawiać z ludźmi. Pokazał mi, że jestem wartościowa dziewczyną i że za taką mnie uważa. Dzięki niemu nabrałam szacunku do siebie. Powiedział mi, że jest ze mnie dumny, że jako jedyną dziewczyna potrafiłam się sprzeciwić temu co działo się w klasie. Nigdy wcześniej tak na to nie patrzyłam…

Wybaczyłam mojej klasie. Wiem, że tamte wydarzenia miały wpływ nie tylko na mnie… Jedna dziewczyna jest już matką, większość z nich stała się typowymi lafiryndami… Kumpel, który przez całą podstawówkę mi się podobał zaczął ćpać… Teraz wiem, ze zrobiłam dobrze, ale wtedy nie byłam tego taka pewna…

Tamte wydarzenia cały czas mają wpływ na mnie. Do teraz zdarza mi się czuć skrępowana w obecności chłopaków, zwłaszcza jeśli jest ich kilku. Pracuję nad tym. Jest coraz lepiej. Nie mogę w końcu pozwolić by tamte doświadczenia zawsze mnie już krępowały, więziły.  Z drugiej strony, to one mnie ukształtowały taką jaka jestem. Więc może były potrzebne? Nie mogę się ich wyrzec, muszę uczyć się żyć z nimi…

M., Skarbie, dziękuje Ci =*

No Responses Yet

  1. Smutne:((.
    Moim zdaniem tak musiało być.
    Życie polega na przeżywaniu go z jakimiś doświadczeniami,co chwile je zdobywamy.
    To było potrzebne abyś teraz była “inna”
    Podziwiam Cię,że w tak młodym wieku umiałaś się postawić całej reszCie klasy i mimo wszystko byłaś silna… naprawdę wielki podziw;).

    No,ale już jest dobrze i to się tylko liczy.Przeszłości nic nie zmaże ale można się w jakiś sposób nauczyć żyć na nowo…częściowo;).
    Buźkaa:* trzymaj się a u mnie nowa notka:D:*:*:*

  2. Ale teraz najważniejsze jest to że to przetrwałaś zebrałas się w sobie i jest dobrze. Smierc Ani tez mnie mocno poruszyła, że ludzie potrafią zrobic cos takiego.
    u mnie nowa notka zapraszam :)
    Nareszcie trafilam na blog korego nie ogarnela mania swiąteczna.

  3. Gratuluję odwagi – w końcu jako jedyna się przeciwstawiłaś… A później albo miałaś ogromne szczęście, albo Ktoś nad Tobą czuwał, że spotkałaś M. Co do Ani… Dopiero jej śmierć sprawiła, że ta sprawa się nagłośniła. A ile było wcześniej podobnych sytuacji, o których wszyscy milczeli tylko dlatego, że nie skończyły się czyjąś śmiercią? W końcu sama to przeżyłaś…
    Masz naprawdę ogromne szczęście i fory u Boga, że zesłał na Twojej drodze M. Nie wszyscy mają tyle szczęścia…

Leave a Reply