Z uśmiechem na twarzy

wtorek, 9 Grudzień 2008

tak dla odmiany. Bo doszłam do wniosku, że zamartwianie się i marudzenie w niczym mi nie pomoże, ani niczego nie zmieni. Więc teraz towarzyszą mi uśmiechnięte myśli i nie daję się sprowokować wielkiej, czarnej i włochatej chandrze która tylko czeka i wysuwa swoje długie macki aby znowu mnie schwytać w swoje sidła.

Jedyne chwile w których uśmiech znika z mojej twarzy to te, w których rozmawiam z tatą. Dzieje się tak na skutek usilnego zaciskania zębów i nieustannego gryzienia się w język aby pozostać głuchą na jego złośliwe i prostackie zaczepki.

Nieustannie wmawiam sobie że jestem wartościową osobą i to, że wyleciałam ze studiów i wciąż nie pracuję (to akurat mnie dobija), nie może mieć żadnego wpływu na moją samoocenę (choć ma ogromny) i tata nie ma racji mówiąc mi kilka razy dziennie jak bardzo jestem beznadziejna.

Byłam w spontanicznej spowiedzi, chociaż postawiłam już na sobie samej krzyżyk, że chrześcijanka i katoliczka ze mnie do dupy. Czasami jakiś przypadek sprawia, że człowiek akurat przechodzi obok kościoła, akurat zechce mu się do niego zajrzeć i akurat odbywa się w nim spowiedź. Więc stanęłam do tej kolejki w której stałam potem pokornie czterdzieści minut, powiedziałam księdzu co miałam powiedzieć, że nie widzę sensu w swoim życiu, w tym jak ono wygląda ani w tym, co robię. Że straciłam cała swoją wiarę i nie mam pomysłu na dalsze swoje życie. Jako pokutę musiałam się uśmiechnąć do 10 osób…

W sumie nie da się opisać tego co poczułam jak odeszłam od tych kratek… Całe zło jakiego się dopuszczałam w ostatnich miesiącach, wszystko co ostatnio robiłam, a co można określić jako ostrą jazdę bez trzymanki, zostało przekreślone w zamian za 10 uśmiechów…

Przyznam się bez bicia, że się popłakałam… Bo dawno nie doświadczyłam takiej ulgi… I do tego właśnie tęskniła moja dusza, do tego chciała wrócić…

Wróciłam i nie mam zamiaru znowu tego zepsuć. Teraz nie mam wyjścia i muszę pracować nad sobą, wykorzeniając to wielkie lenistwo jakie się we mnie w ostatnich czasach zalęgło. Iść przez życie z uśmiechem na twarzy.

wtorek, 11 Kwiecień 2006

Są 3 źródła grzechu: ja sam, z moimi wadami i niedoskonałościami, szatan i drugi człowiek (tak ksiądz na rekolekcjach mówił). I nie ma chyba nic gorszego niż świadomość, że jest się przyczyną grzechu drugiej osoby, zwłaszcza, jeśli jest to osoba, którą się kocha… =(

A Jezus mówi: “Przyczyną twoich upadków jest to, że za wiele liczysz sama na siebie, a za mało się opierasz na Mnie. Wiedz, że sama z siebie nic nie możesz. Nawet łask Moich nie jesteś zdolna przyjąć bez szczególnej pomocy Mojej”.

Z Dzienniczka s. Faustyny, Dz. 1488, Dz. 639 i Dz. 738

O upadku Ewy

niedziela, 12 Marzec 2006

Jezus mówi: << O, wy, chrześcijanie XX wieku! Słuchacie historii Moich męczenników jak opowiadań bajkowych i mówicie sobie: “To nie może być prawdą! Jakże to mogło się zdarzyć? Przecież oni byli [tylko ludźmi], mężczyznami i kobietami! To legenda.”

Wiedzcie, że to nie jest legendą. To Historia. Wierzycie w cnoty obywatelskie starożytnych Ateńczyków, Spartan lub Rzymian. Zadziwiają was też heroiczne czyny i wielkość świeckich bohaterów. Dlaczego więc – kiedy słyszycie opowiadania o wielkości i heroicznych czynach Moich bohaterów – nie chcecie uwierzyć w ich nadprzyrodzone cnoty? Dlaczego nie rozpala się wasz duch i nie jest pobudzany do wzniosłego naśladowania ich?

Mówicie, że byli [tylko ludźmi]: mężczyznami i kobietami. Oczywiście, byli mężczyznami i kobietami. Wypowiadacie wielką prawdę i [równocześnie] wielkie oskarżenie przeciwko sobie. Oni bowiem byli mężczyznami i niewiastami, wy zaś jesteście dzikimi zwierzętami. Kierujecie się tylko instynktami i spokrewniacie się z szatanem, zdegradowani do poziomu zwierząt z istot podobnych do Boga, będących Jego dziećmi. Oni byli mężczyznami i niewiastami. Stali się powtórnie “mężczyznami i niewiastami” – dzięki Łasce – takimi samymi, jakimi byli on i ona: Pierwszy i Pierwsza w Ziemskim Raju.

Czyż nie czytacie w Księdze Rodzaju, że Bóg pozwolił człowiekowi panować nad wszystkim, co jest na ziemi, wyjąwszy Boga i Jego sługi – aniołów? Czyż nie jest tam napisane, że Bóg uczynił niewiastę, żeby była towarzyszką mężczyzny w radości i w panowaniu nad wszystkimi istotami żyjącymi? Czy nie czytacie, że wolno im było jeść wszystko, oprócz owoców z drzewa poznania Dobra i Zła? Dlaczego? Jakie głębsze znaczenie mają słowa o “panowaniu”? Co oznacza drzewo poznania Dobra i Zła? Czy wy – którzy pytacie o tak wiele bezużytecznych spraw, a nie umiecie nigdy zapytać własnej duszy o prawdy niebieskie – nie zastanawialiście się nad tym nigdy?

Gdyby wasza dusza była żywa, odpowiedziałaby wam. Bo kiedy jest ona w stanie łaski, wasz anioł trzyma ją w rękach jak kwiat. Dusza w stanie łaski jest jak kwiat całowany przez słońce i odświeżany rosą przez Ducha Świętego. To On ją ogrzewa, oświeca, odświeża i ozdabia niebiańskim światłem. Ileż prawd wypowiedziałaby wasza dusza, gdybyście umieli z nią rozmawiać, gdybyście miłowali ją jako tę, która upodabnia was do Boga. On bowiem jest Duchem, podobnie jak wasza dusza jest duchem. Jakże wielką przyjaciółką stałaby się wasza dusza, gdybyście ją miłowali, zamiast jej nienawidzić aż do zabicia jej. Jakże wielką i wspaniałą byłaby przyjaciółką, z którą moglibyście rozmawiać o sprawach Nieba. Tymczasem wy, którzy tak pragniecie rozmawiać, niszczycie się nawzajem przez przyjaźnie, które – jeśli nawet nie są niegodne, (a czasami takie właśnie są) – prawie zawsze są niepotrzebne i przekształcają się w próżny lub szkodliwy zgiełk słów – samych przyziemnych słów.

Czyż nie powiedziałem: “Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał Moją naukę, a Ojciec Mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i uczynimy sobie w nim mieszkanie”? (J 14,23) Dusza w stanie łaski posiada miłość. Kiedy zaś ma miłość, posiada Boga, to znaczy Ojca, który ją zachowuje, Syna, który ją poucza, i Ducha, który ją oświeca. Dusza ma więc Poznanie, Wiedzę, Mądrość. Posiada Światło. Pomyślcie tylko, jak wzniosłe rozmowy mogłaby prowadzić z wami wasza dusza. To one wypełniały ciszę więzień, ciszę cel [zakonnych], ciszę w pustelniach i ciszę w pokojach chorych świętych. To one umacniały więźniów oczekujących na męczeństwo, zakonników poszukujących Prawdy, pustelników pragnących już wcześniej poznać Boga, umacniały chorych w znoszeniu – cóż mówię? – w umiłowania swego krzyża.

Gdybyście umieli zadać pytanie waszej duszy, powiedziałaby wam, że znaczenie prawdziwe, dokładne i głębokie słów odnoszących się do stworzenia: “niech panuje” jest następujące: “Człowiek powinien mieć władzę nad wszystkim – nad wszystkimi trzema sferami swojego bytu: nad sferą najniższą, zwierzęcą; nad sferą pośrednią, moralną; nad sferą najwyższą, duchową. A wszystkie trzy niech zwraca ku jedynemu celowi, którym jest posiadanie Boga” Na posiadanie Go zasługuje się przez zdecydowane panowanie [nad sobą], które trzyma w uległości wszelkie siły [naszego] ja i czyni je służebnicami tego jedynego celu, jakim jest zasłużenie sobie na posiadanie Boga.

[Wasza dusza] powiedziałaby wam, że Bóg zabronił człowiekowi [spożywania owoców z drzewa] poznania dobra i zła. Dobrem Bóg darmo obdarzył Swe stworzenia. Co zaś tyczy się zła, to [Bóg] nie chciał, byście je znali. Jest ono bowiem owocem słodkim dla podniebienia, lecz gdy jego sok dostanie się do krwi, przynosi gorączkę, która zabija i wywołuje silne pragnienie. Im więcej pije się tego zwodniczego soku, tym bardziej się go pragnie.

Wysuniecie zastrzeżenie: “Dlaczego więc tam je umieścił?” Dlaczego? Otóż zło jest siłą, która zrodziła się samorzutnie, jak pewne straszliwe choroby, atakujące najzdrowsze ciało. Lucyfer był aniołem, najpiękniejszym z aniołów, duchem doskonałym, niższym jedynie od Boga. Jednak w jego świetlistym bycie zrodził się opar pychy, której nie tylko nie rozproszył, lecz nawet ją umacniał, wysiadując ją. Z tego wylęgania zrodziło się Zło. Istniało przed człowiekiem. Bóg strącił z Raju przeklętego Wylęgającego Zło – tego, który kalał Raj. Pozostał on jednak wiecznym Wylęgającym Zło, który – nie mogąc już kalać Raju – skaził ziemię.

To metaforyczne drzewo [poznania dobra i zła] służy do przedstawienia tej prawdy. Bóg powiedział do mężczyzny i niewiasty: “Znacie wszystkie prawa i tajemnice stworzenia. Nie chciejcie jednak samowolnie pozbawiać Mnie prawa do bycia Stworzycielem człowieka. Do rozmnożenia rasy ludzkiej wystarczy Moja miłość, która będzie w was krążyć, i bez zmysłowego pożądania, wyłącznie z porywu miłości powstanie potomstwo – nowi Adamowie. Daję wam wszystko. Dla siebie zachowuję tylko tajemnicę formowania człowieka.”

Szatan chciał odebrać człowiekowi niewinność poznawczą i swym wężowym językiem schlebiał i pieścił członki i wzrok Ewy, wywołując wrażliwość i odruchy, których pierwsi [rodzice] nie posiadali, gdyż nie byli zatruci złem.

Ewa “ujrzała”, a ujrzawszy, zapragnęła spróbować. Ciało zostało przebudzone. O, gdyby zawołała do Boga! Gdyby pobiegła i powiedziała: “Ojcze! Jestem chora! Wąż mnie pieścił i jest we mnie niepokój!” Ojciec oczyściłby ją i uzdrowił Swym Tchnieniem. Jak przedtem tchnął w nią życie, tak potrafiłby wlać w nią na nowo niewinność, żeby zapomniała o truciźnie węża. Wpoiłby w nią nawet odrazę do węża – taką, jaką posiadają ci, których zło splamiło, lecz zostali z niego wyleczeni i odczuwają do niego instynktowną odrazę. Ewa jednak nie idzie do Ojca. Ewa wraca do Węża. Odczucie jest dla niej miłe.

“Widząc, że owoc tego drzewa był dobry do zjedzenia, piękny dla oka i przyjemny z wyglądu, zerwała go i skosztowała.” I “zrozumiała”. Od tego momentu zstąpiła pożądliwość, by kąsać jej wnętrzności. Słuchała więc nowymi uszami głosów i patrzyła nowymi oczyma na zwyczaje dzikich zwierząt. Zaczęła ich pożądać szaloną żądzą. Rozpoczęła grzech sama, dokończyła go z towarzyszem. Dlatego właśnie na kobiecie ciąży większy wyrok. Przez nią mężczyzna zbuntował się przeciwko Bogu, poznał rozwiązłość i śmierć. Z jej powodu nie umiał już zapanować nad trzema swoimi królestwami: nad sferą duchową, bo pozwolił, by duch był nieposłuszny Bogu; nad sferą moralną, gdyż pozwolił się opanować namiętnościom; nad ciałem, ponieważ upodlił je, [poddając] instynktownym prawom dzikich zwierząt.

“Wąż mnie zwiódł” – powiedziała Ewa. “Niewiasta podała mi owoc i zjadłem go” – rzekł Adam. I potrójna pożądliwość ogarnia odtąd trzy królestwa człowieka.

Tylko Łaska może rozluźnić uścisk tego bezlitosnego potwora. I kiedy [Łaska] jest [w kimś] żywa – bardzo żywa, zachowywana coraz bardziej przy życiu przez wolę wiernego dziecka – wtedy udaje mu się zadusić tego potwora i niczego nie musi już więcej się lękać: ani tyranów wewnętrznych, czyli ciała i pożądliwości, ani tyranów zewnętrznych, to znaczy – świata i jego potęg. [Taki człowiek nie lęka się też] ani prześladowań, ani śmierci. Jest tak, jak mówi apostoł Paweł: “Żadnej tej rzeczy się nie lękam ani nie zależy mi ponad miarę na moim życiu, bylebym wypełnił moją misję i posługę, którą otrzymałem od Pana Jezusa, aby dać świadectwo o Ewangelii Łaski Bożej.”

Moi męczennicy starali się wypełniać otrzymaną ode Mnie misję i posłannictwo uświęcania świata i świadczenia o Ewangelii. O nic więcej się nie martwili. A to dzięki Łasce, która w nich żyła i o którą troszczyli się bardziej niż o źrenice swych oczu lub o swe życie. Porzucali je z radosną gotowością jak zużyte odzienie, aby zdobyć niezniszczalne, o nieskończonej wartości. Ponownie stawali się “mężczyznami i niewiastami” a nie zwierzętami. A z mężczyzn i niewiast, [stawali się] dziećmi Ojca Niebieskiego i tak żyli, i tak działali.

Jak mówi Paweł: nie pożądali “ani złota, ani srebra, ani czyjejś szaty”, lecz przeciwnie – ogołacali się z tego i pozbywali się dobrowolnie wszelkiego bogactwa, a nawet życia, aby “iść za Mną” na ziemi i w Niebie. Jak powiada dalej Apostoł: “ręce ich troszczyły się o potrzeby swoje i bliźnich.” W ten sposób dawali Życie sobie i doprowadzali do Życia innych. “Pracą swą ratowali chorych” z tej okropnej choroby, jaką jest życie poza prawdziwą wiarą. Nie szczędzili w tym celu niczego, dając uczucia, krew, życie, trudy – wszystko. Pamiętali o Moich słowach, które ci powtórzyłem trzy dni temu: “Dawanie to otrzymywanie”, i “lepiej jest dawać, aniżeli brać.”>>

***

Powyższy fragment pochodzi z książki “Poemat boga-Człowieka” autorstwa Marii Valtorty, jest ona dostępna też w wersji elektronicznej kliknij tutaj

Rozwazania na temat grzechu (11)

poniedziałek, 13 Luty 2006

Problem z głowy

Niekiedy spotykamy się z zarzutami pod adresem katolików, że w sprytny sposób załatwiają problem swoich grzechów. Mianowicie naświntuszą, narozrabiają, a następnie powiedzą o tym księdzu na ucho w konfesjonale i mają problem z głowy. Mają problem z głowy, to znaczy mogą znów robić to samo, aby po jakimś czasie ponownie pojawić się w konfesjonale i powtórzyć całą operację.

Taki zarzut jest bardzo ciekawy. Pokazuje, że czasami jesteśmy postrzegani jako ludzie, na których życie wyznawanie grzechów Bogu nie wywiera realnego wpływu.

Przedstawiony zarzut oczywiście tylko częściowo jest prawdziwy. Wcale nie tak wielu katolików spowiada się z dobrym samopoczuciem. Najczęściej ludzie mają świadomość, że noszą w sobie pewien nie rozwiązany problem, słabość, która powróci. Wiedzą też, że do ważności sakramentu pojednania należy naprawienie tego, co się zepsuło. W związku z tym wszystkim niejeden człowiek woli w ogóle się nie spowiadać, przyjmując postawę „uczciwości”. Postawa ta oznacza, że zawiesza się uczestnictwo w sakramencie pojednania do momentu pełnego postanowienia poprawy. Warto jednak zastanowić się, czy nie mamy zbyt rygorystycznego wyobrażenia o owym „postanowieniu”. Nie możemy, przyznajmy, obiecać na sto procent sobie i Bogu, że już nigdy więcej mój „wybryk” się nie powtórzy. Nie zawsze też jesteśmy w stanie usunąć z serca pragnienie powrotu do grzechu, który często popełniamy. Czasami możemy jedynie, ale przecież to już jest bardzo wiele (!), powiedzieć Panu: „Pociąga mnie zło, które mnie niszczy. Boję się, że pokusa znów okaże się silniejsza. Oddaję Ci moje rozdarcie. Pomóż mi, umocnij moje kruche pragnienie zmiany”. Taka modlitwa, gdy płynie z głębi serca, stanowi autentyczne postanowienie poprawy. Naprawdę czynimy wówczas zadość istotnemu warunkowi spowiedzi.

A swoją drogą nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy ktoś myśli o swoim grzechu w taki sposób: „A, zrobię to, bo i tak Pan Bóg mi to wybaczy, gdy się do Niego zwrócę w spowiedzi”. Jeżeli ktoś myśli w podobny sposób, to bardzo niewiele, albo i nic, nie pojmuje z Bożych planów wobec siebie. Przecież to jest tak, jak gdyby mąż myślał sobie: „Mam wyrozumiałą, wspaniała kochającą żonę, więc ją zdradzę. Potem pójdę do niej i przeproszę, i wszystko będzie znowu cacy. I podobnie zrobię jeszcze wiele razy, wiele razy ją zdradzę, bo tak bardzo mnie kocha i jest pełna dobroci. Na pewno więc będzie zawsze przebaczać”. Człowiek myślący w taki sposób nigdy nie zbuduje żadnej prawdziwej i głębokiej miłości ze swoją żoną.

Boże miłosierdzie nie ma stanowić furtki dla naszych grzechów, ale szansę odbudowywania miłości, którą z głupoty, słabości zdradzamy. I postawa serca, gdy przychodzimy po miłosierdzie, powinna być pełna szczerego pragnienia, aby już nigdy nie zdradzać Miłości.

***

Ta notka i niektóre poprzednie nie są mojego autorstwa. Pochodzą one ze strony internetowej www.mateusz.pl. Są zamieszczone bez wiedzy i zgody autora (Wojciech Jędrzejewski OP). Na prosbę autora zostaną usunięte.

Rozwazania na temat grzechu (10)

piątek, 10 Luty 2006

Nasze spotkanie z Miłosiernym – spowiedź

Jezus mówi do Apostołów:

Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane (J 20, 22).

Te słowa są jasne: Bóg udziela swojego przebaczenia przez ludzkie ręce. Więcej, wcale nie muszą to być ręce świętego księdza, żeby przez nie Bóg podarował człowiekowi swoje miłosierdzie. Apostołowie, jak dobrze wiemy, byli słabymi ludźmi, którzy rywalizowali ze sobą, kto jest lepszy, większy. To oni przecież, z wyjątkiem Jana, pouciekali ze strachu, kiedy zaaresztowano Pana. I to do nich właśnie, i konsekwentnie do wszystkich kapłanów świata: tych cudownych i kiepskich, mówi: „Odpuszczajcie grzechy. W mocy Ducha Świętego bierzcie je od ludzi i wyrzucajcie w nicość. Za waszym pośrednictwem będę obdarzał grzeszników moim miłosierdziem”.

Krótko mówiąc: fakt ludzkiego, kapłańskiego pośrednictwa w odpuszczaniu grzechów jest w chrześcijaństwie niepodważalny. Ale na przestrzeni historii zmieniał się sposób sprawowania tego sakramentu. Początkowo, przez pierwsze sześć wieków, jeżeli ochrzczony dopuścił się poważnego grzechu przeciwko przykazaniom Dekalogu, wyznawał swą winę biskupowi i ten nakładał mu pokutę, która była publiczna. To znaczy człowiek stał w kościele podczas Mszy na specjalnym miejscu, odosobniony, a gdy nadchodził moment Komunii, musiał wyjść z kościoła. Nie wolno było mu też w czasie pokuty, która czasami trwała wiele lat, brać udziału w rozrywkach, ale miał oddawać się modlitwie, dziełom miłosierdzia, pościć.

Gdy skończył się czas pokuty i stwierdzono, że grzesznik naprawdę nawrócił się, odżałował, wtedy biskup przed całą wspólnotą Kościoła wkładał na człowieka ręce i modlił się wraz z innymi o odpuszczenie grzechów. Od tej chwili pokutnik wracał na łono Kościoła, był radośnie przyjmowany przez wszystkich i mógł wraz z innymi przyjmować Komunię. Wspólna uczta radości, bo brat wraca do domu i prosi o przyjęcie.

Mniej więcej od VII wieku zaczyna się rozszerzać inny zwyczaj. Rezygnuje się z publicznej pokuty. Ten, kto upadł w poważny grzech, wyznawał go kapłanowi. Gdy ten stwierdził, że człowiek autentycznie żałuje za to, co zrobił, i chce to naprawić, nadawał pokutę i udzielał rozgrzeszenia. Taka praktyka zachowała się do naszych czasów.

* * *

Zatrzymajmy się na chwilę nad słowem „wyznanie”. Bo spowiedź to właśnie wyznanie grzechów. Po łacinie confessio, stąd nazwa na naszą drewnianą budkę: konfesjonał. Zauważmy, że tego słowa nie używamy zbyt często. Ono odnosi się bowiem do trzech najistotniejszych rzeczywistości: wyznaje się miłość, wiarę oraz właśnie grzechy. Jest jakaś powaga w wyznaniu. Dzieje się coś szalenie istotnego. Kiedy dwoje ludzi wyznaje sobie miłość, coś radykalnie się zmienia w życiu obojga. To jest początek nowej, wspólnej drogi. Wyznanie zawiera w sobie pewną nieodwołalność. Kiedy zatem wyznajemy grzechy, pragniemy radykalnej i nieodwołalnej zmiany. Kończy się to, co było, odrzucam grzechy, aby rozpocząć od nowa życie w jedności z Bogiem.

* * *

W spowiedzi jest miejsce na pewien rodzaj terapii. Leczenie polegające na odkrywaniu korzeni grzechu, jego głębszych podstaw, drugiego dna. Równie ważny wymiar to pomoc w rozpoznawaniu Bożych oczekiwań, Jego osobiście skierowanej miłości, która ma prowadzić danego człowieka.

Najważniejszą jednak rzeczą, która dokonuje się w spowiedzi jest pojednanie z Panem Bogiem. Nawiązanie utraconej więzi miłości, którą się przekreśliło przez pójście za czymś sprzecznym z Jego mądrą miłością. I powiedzmy sobie jasno, że jeśli ktoś nie przeżywa na co dzień miłości do Boga jako realnej, kształtującej jego życie więzi, nie będzie też odczuwał pragnienia, żeby ją naprawiać, gdy się zerwie.

***

Ta notka i najblizsze następne nie są mojego autorstwa. Pochodzą one ze strony internetowej www.mateusz.pl. Są zamieszczone bez wiedzy i zgody autora (Wojciech Jędrzejewski OP). Na prosbę autora zostaną usunięte.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.