“Pieśń o słońcu niewyczerpanym” Karol Wojtyła
środa, 16 Sierpień 2006
Twój wzrok utkwiony w duszy, jakby słońce skłonione na liściu,
bogaci jego kwitnienie przezroczystą tonią dobroci
i skupia w swym promieniu
- lecz popatrz, Mistrzu,
cóż stanie się z liściem i słońcem? – wieczór nadchodzi.
2.
Dusza nie jest taka jak liść,
który za słońcem nie podąży
i zgaśnie, kiedy zieleń się w nim wypali -
- to tylko słońce będzie coraz dalej,
coraz dalsza go drogą okrąża.
Nie dość liściu, że co dzień dnieje,
nie dość że słońce wschodzi.
Śmierć jest tylko zbyt krótkim promieniem
słonecznych godzin.
3.
Dusza nie jest taka jak liść.
Może słońce zatrzymać nad sobą,
uniżając się razem z nim
nieodstępnym łukiem od zachodu.
Tam go dosięga i zostaje,
dzieląc słonecne uniżenie,
a gdy upłynie jeszcze dalej,
jednoczy się z nim długim cieniem -
Ani horyzontów nie ląmie,
niespokojna o dalekie dni
- po prostu puka do drzwi.
I oto wszystko dosięgła:
oto słońce co dzień powraca
do swego widnokręgu.
4.
Kiedy smutek się zmiesza z wieczorem -
- podobne do siebie z barw -
razem stają się dziwnym napojem,
który z lękiem nachylam do warg.
Więc, ażeby w tym niepokoju
nie pozostawiać mnie samego,
odjąłeś grozę wieczoru,
dałeś wieczności smak chleba.
Gdy z bezmiaru wyłaniałeś czas
i opierałeś się na przeciwnym brzegu,
uslyszałeś daleki mój płacz,
i od wieków wiedziałeś, dlaczego.
Wiedziałeś, że takiej tęsknoty,
która raz sie napiła z Twych ócz,
nie nasycą słoneczne zachwyty,
lecz rozkrwawią jak brzegi róż.
5.
Jeśli ten kosmos jest gałęzią ciężką od liści,
którą opływa światło słońca,
jeśli spojrzenie jest tonią spokojną,
zaczerpniętą na otwartą dłoń –
Więc chociaż liście drżą i opadają,
w niedalekiej głębi odbite,
toń spokojna się ciągle wpatruje
w Ciebie – Ukryty.
6.
Te biedne moje oczy, gdy stwarzałeś,
czerpiąc z toni w otwartą dłoń,
o tym wiecznym spojrzeniu myślałeś,
zachwyconym w niezmierna toń
i mówiłeś:
uniżę się, bracie, uniżę,
nie osamotnię nigdy twoich oczu,
naprzód ukryję się w krzyżu,
potem chlebem w dojrzałym zbożu.
Więc myślę:
dlatego tak się uniżasz,
by nie osamotnić w kosmosie
moich ramoin dalekich od krzyża
i mych oczu oddanych tęsknocie.
7.
Jeśli miłość największa w prostocie,
a pragnienie najprostsze w tęsknocie,
więc nie dziw, że pragnął Bóg,
aby najprostsi Go przyjęli,
ci, którzy dusze mają z bieli,
a dla miłości swej nie znają słów.
Sam, gdy nas umiłował,
prostotą nas oczarował,
biedą, biedą, i siankiem -
Wtedy Matka Dziecinę brała,
na rękach Go kołysała
i otulała Mu stopy w sukmankę.
O cud, cud, cud!
kiedy Boga osłaniam człowieczeństwem
osłoniony od Niego miłością,
osłoniony męczeństwem.
8.
W jednym spojrzeniu dziecięcym
Skupionym w łagodnej Hostii
spotkałem się z Ojcem Niebieskim,
Który patrzał z niezmierną milością.
Przed głębią tego spojrzenia,
W którym ujrzany był świat,
zadrżały oczy moje
jak odsłonięty kwiat.
Syn mówił: oto się spełnia
pragnienie naszej miłości,
że oczy ludzkie patrzą
nie odmienione światłością.
O blask! O stwórcze spojrzenie,
Z którego niezmiernie obficiej
Stworzenie się nowe wyłania,
Nowe światy powstają w ukryciu.
9.
, czuć tę chwilę nicości,
tę chwilę sprzed stworzenia –
i nie odstępować jej nigdy
jak nie odstępuje się cienia.
Powracać ciągle w ten czas,
gdy utulony tylko Twoją Myślą
niewinność większą niż dziecko
i głębszą miałem przejrzystość.
Dziś oszołomiony istnieniem,
zapominam o mojej nicości.
w dalekich się błąkam promieniach,
oderwany od promieni najprostszych.
Lecz jedno spojrzenie w głąb,
które wieczność odsłania z przepływu –
jedno najprostsze spojrzenie,
w którym w Myśli znów Twojej przebywam. –
To wtedy – gdy w blasku ukrytym
skupiam siebie całego,
i staję się znów Twoja Myślą
miłowanym biały żarem Chleba.
10.
Często stamtąd długo na mnie patrzy
spojrzeniami przykuwając mi twarz –
Czy ty wiesz, czy ty wiesz, mój bracie,
jak miłuje nas Ojciec nasz?
Ale głębi owych słów nikt nie zna,
ale przyczyn najdalszych nikt nie wie,
jaka męka to była bezbrzeżna
ta samotność na krzyżowym drzewie.
Lecz nie krew, która w drzewie rozkwitła,
jak rozkwita każdy trud w jutrzejszym chlebie –
tylko to odepchnięcie od Ojca,
to odtrącenie…
Za te słowa: Czemuś mnie opuścił,
Ojcze, Ojcze – za mej Matki płacz –
Ja na wargach Twoich odkupiłem
Dwa najprostsze słowa: Ojcze nasz.
11.
Jest we mnie toń przeźroczysta,
dla mych oczu zasnuta mgłą -
kiedy, jak potok upływam zbyt bystro,
na tak głębokie nie zasługuję dno.
Tam Pan mój co dzień przychodzi i pozostaje -
smuga krwi gdy zatapia się w śnieg -
- i poznany wzajemnie poznaje
i wzajemną obfitością tchnie.
Gdyby wtedy ktoś toń przeźroczystą
potrafił odsnuć z mgły,
ujrzano by – w jakiej nędzy -
ujrzano by – w kim -
i ujrzano by – jaka światłość
zalewa przyćmioną toń,
ujrzano by – w sercu ludzkim,
najprostszym z słońc.
12.
Jest we mnie kraina przeźroczysta
w blasku Jeziora Genezaret -
i Łódź…i rybacza przystań,
oparta o ciche fale…
i tłumy, tłumy serc,
zagarnięte przez Jedno Serce,
przez Jedno Serce najprostsze,
przez najłagodniejsze…
- albo znowu – wieczór z Nikodemem,
- albo znowu – nad brzegiem morskim,
dokąd powracam codziennie,
oczarowany Twą pięknością -
A to wszsytsko: ten wieczór z Nikodemem,
ta kraina i rybacza przystań,
i toń taka przeźroczysta,
i Postać taka bliska -
a to wszytsko przez Punkt jeden Biały
z najczystszej bieli
objęty w sercu człowieczym
krwawym przepływem czerwieni.
13.
Proszę Cię, byś mnie ukrywał
w miejscu niedostępnym,
w nurcie cichego podziwu
lub w nocy posępnej.
Proszę Cię, byś mnie osłaniał
od tej strony, co zapada w mrok
a proszę Cię, byś mnie odsłaniał
ku tej stronie, co przykuwa wzrok
bo wiem o takim ukryciu, że w nim
nic nie rozproszę z tych słońc,
które płoną pod horyzontem
spojrzeń utkwionych w głąb.
A wtedy dokona się cud
przemiany:
Oto Ty staniesz się mną -
ja – eucharystyczny.
14.
Proszę, wyjdź, Panie, ode mnie
i myśli mojej omylnej
nie narażaj na taką niemoc,
nie narażaj na taką bezsilność
- bo nie ma takiej wdzięczności,
aby objęła nieskończoność,
żeby serce objęło Ciebie
słoneczną smugą czerwoną
- a choćby objęło świat
i choćby rozpłonął do szału,
i choćbym rozdał siebie -
wiem, że nic nie oddałem.
A Ty jeszcze co dzień pomnażasz
moją bezsilność,
poddając Twą nieskończoność
pod moją myśl omylną.
15.
Jakże odwdzięczę się morzu, że fale jego ciche
wychodzą, aby szukać moich codziennych zbłąkań?
Jakże odwdzięczę się słońcu, że zachód mnie nie odpycha,
że wieczór i poranek niedługa dzieli rozłąka?
Cóż Ci oddam za tę bliskość,
którą w takim rozniecasz bezmarze,
jak ogniska,
jak serca w równowadze -
Cóż Co oddam za tę poufałość,
którą w dziecięcym spojrzeniu
nawiązujesz, a kończysz chwałą
nieosmuconą w odcieniu -
Cóż Ci oddam za tę bezbronność,
która nie skąpi mi dnia -
przecież Ci, Panie, nie wolno
ufać takiemu jak ja.
Jakże odwdzięczę się morzu, że fale jego ciche
wychodzą, aby szukać moich codziennych zbłąkań?
Jakże odwdzięczę się słońcu, że zachód mnie nie odpycha,
że wieczór i poranek niedługa dzieli rozłąka?
16.
O Panie, przebacz mej myśli, że nie dość jeszcze miłuje,
przebacz miłości mej, Panie, że tak strasznie przykuta do myśli -
że chłodnym myślom, jak nurt, Ciebie odejmuje
i nie ogarnia płonącym ogniskiem
Ale przyjmij, Panie, ten podziw, który się w sercu zrywa,
jak zrywa się potok w swym źródle -
- znak, że stamtąd przypłynie żar -
i nie odtrącaj, Panie, nawet tego chłodnego podziwu,
który nasycisz kiedyś kamieniem płonącym u warg -
I nie odtrącaj, Panie, mojego podziwu,
który jest niczym dla Ciebie, bo Cały jesteś w Sobie,
ale dla mnie teraz jest wszystkim, strumieniem, co brzegi rozrywa,
nim oceanom niezmiernym tęsknotę swoją wypowie.
Poezje
środa, 16 Sierpień 2006
Kupiłam sobie dzisiaj “Poezje” Karola Wojtyły… Pojechałam na zakupy z siostrą, żeby kupić sobie jakąś ładną bluzkę na rozpoczęcie roku, ale po nie udanych poszukiwaniach weszłam (jak zwykle) do księgarni. I oglądałam sobie różne ksiązki a tu nagle zauważam to… I zamiast bluzki kupiłam ksiązkę, całą kasę na to przeznaczyłam… Ale jestem bardzo zadowolona z tego zakupu, lubię jego poezję, a w internecie prawie w ogóle jej nie ma…
Słowa Jana Pawła II
poniedziałek, 3 Kwiecień 2006
Zakończenie homilii w czasie Mszy Świętej odprawianej na krakowskich Błoniach 9 czerwca 1979 r.
I dlatego pozwólcie – że zanim odejdę – popatrzę jeszcze stąd na Kraków, na ten Kraków, w którym każdy kamień i każda cegłą jest mi droga – i popatrzę stąd na Polskę…
I dlatego – zanim stąd odejdę, proszę was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię “Polska”, raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością – taką, jaką zaszczepia w nas Chrystus na chrzcie świętym,
- abyście nigdy nie zwątpili i nie znużyli się, i nie zniechęcili,
- abyście nie podcinali sami tych korzeni, z których wyrastamy.
Proszę was:
- abyście mieli ufność nawet wbrew każdej swojej słabości, abyście szukali zawsze duchowej mocy u Tego, u którego tyle pokoleń ojców i matek naszych ją znajdowało,
- abyście od Niego nigdy nie odstąpili,
- abyście nigdy nie utracili tej wolności ducha, do której On “wyzwala” człowieka,
- abyście nigdy nie wzgardzili tą Miłością, która jest “największa”, która się wyraziła przez Krzyż, a bez której życie ludzkie nie ma ani korzenia, ani sensu.Proszę was o to przez pamięć i przez potężne wstawiennictwo Bogarodzicy z Jasnej Góry i wszystkich Jej sanktuariów na ziemi polskiej, przez pamięć św. Wojciecha, który zginął dla Chrystusa nad Bałtykiem, przez pamięć św. Stanisława, który legł pod mieczem królewskim na Skałce.
Proszę was o to. Amen.
123 dni temu…
czwartek, 15 Wrzesień 2005
…umarł wielki człowiek…
Żałuję, że nie miałam okazji go spotkać… Nie byłam na żadnym spotkaniu z nim… Zawsze mi się wydawało że mam czas, że jeszcze kiedyś przyjedzie do Polski i pojadę na spotkanie z nim… Nie interesowałam się jego nauką… Nie słuchałam jego wystąpień… Nie oglądałam go w telewizji… Zawsze myślałam, że jeszcze będę miała czas na to wszystko… Ale czasu zabrakło…
***
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego.
Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno
Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnia czy ostatnia pierwsza.
Twardowski Jan “Śpieszmy się”