Halina Poświatowska
wtorek, 1 Maj 2007
***
więc się oprę
o twoje ciało
i będę jak bluszcz
który ramię drzewa porasta
pieszczotą ciasną
otoczę twoje ręce
i szyję prostą
i brwi
usta
przybytek mojej wiary
pieczęcią pocałunku
zamknę na siedem klamek własności
i będziesz mój
tak bardzo
jakbyś nigdy
nie miał własnego ciała
a niebo wieczoru
pochylone nisko
przykryje nas
ciepłą kołdrą mroku
Maria Pawlikowska – Jasnorzewska
piątek, 16 Marzec 2007
Gdy pochylisz nade mną twe usta pocałunkami nabrzmiałe,
usta moje ulecą jak dwa skrzydełka ze strachu białe,
krew moja się zerwie, aby uciekać daleko, daleko
i o twarz mi uderzy płonącą czerwoną rzeką.
Oczy moje, które pod wzrokiem twym słodkim się niebią,
oczy moje umrą, a powieki je cicho pogrzebią.
Pierś moja w objęciu twej ręki stopi się jakby śnieg,
i cała zniknę jak obłok, na którym za mocny wicher legł.
Jesteś powietrzem
czwartek, 1 Marzec 2007
Poświatowska Halina
* * * [jesteś powietrzem]
jesteś powietrzem
które drzewa pieści
rękoma z błękitu
jesteś skrzydłem ptaka
który nie trąca liści
płynie
jesteś zachodnim słońcem
pełnym świtów
bajką ze słów które mówi się
westchnieniem
czym ty jesteś -
dla mnie – świeżą wodą
wytrysłą na skwarnej pustyni
sosną – która cień daje
drżącą osiką – która współczuje
dla zziębniętych – słońcem
dla konających – bogiem
ty – rozbłysły w każdej gwieżdzie
której na imię miłość
***
środa, 31 Styczeń 2007
liściu
osłoń mnie zielenią
jestem jesienne nagie drzewo
z zimna drżę
wodo
napój mnie
jestem piaskiem
gorącej suchej pustyni
wiatr mnie przegarnia ręką
ogrzej mnie
ty który jesteś słońcem
przed którym stoję
ukryta w słowach jak w drzew cieniu
źródło bijące
Halina Poświatowska
“Pieśń o słońcu niewyczerpanym” Karol Wojtyła
środa, 16 Sierpień 2006
Twój wzrok utkwiony w duszy, jakby słońce skłonione na liściu,
bogaci jego kwitnienie przezroczystą tonią dobroci
i skupia w swym promieniu
- lecz popatrz, Mistrzu,
cóż stanie się z liściem i słońcem? – wieczór nadchodzi.
2.
Dusza nie jest taka jak liść,
który za słońcem nie podąży
i zgaśnie, kiedy zieleń się w nim wypali -
- to tylko słońce będzie coraz dalej,
coraz dalsza go drogą okrąża.
Nie dość liściu, że co dzień dnieje,
nie dość że słońce wschodzi.
Śmierć jest tylko zbyt krótkim promieniem
słonecznych godzin.
3.
Dusza nie jest taka jak liść.
Może słońce zatrzymać nad sobą,
uniżając się razem z nim
nieodstępnym łukiem od zachodu.
Tam go dosięga i zostaje,
dzieląc słonecne uniżenie,
a gdy upłynie jeszcze dalej,
jednoczy się z nim długim cieniem -
Ani horyzontów nie ląmie,
niespokojna o dalekie dni
- po prostu puka do drzwi.
I oto wszystko dosięgła:
oto słońce co dzień powraca
do swego widnokręgu.
4.
Kiedy smutek się zmiesza z wieczorem -
- podobne do siebie z barw -
razem stają się dziwnym napojem,
który z lękiem nachylam do warg.
Więc, ażeby w tym niepokoju
nie pozostawiać mnie samego,
odjąłeś grozę wieczoru,
dałeś wieczności smak chleba.
Gdy z bezmiaru wyłaniałeś czas
i opierałeś się na przeciwnym brzegu,
uslyszałeś daleki mój płacz,
i od wieków wiedziałeś, dlaczego.
Wiedziałeś, że takiej tęsknoty,
która raz sie napiła z Twych ócz,
nie nasycą słoneczne zachwyty,
lecz rozkrwawią jak brzegi róż.
5.
Jeśli ten kosmos jest gałęzią ciężką od liści,
którą opływa światło słońca,
jeśli spojrzenie jest tonią spokojną,
zaczerpniętą na otwartą dłoń –
Więc chociaż liście drżą i opadają,
w niedalekiej głębi odbite,
toń spokojna się ciągle wpatruje
w Ciebie – Ukryty.
6.
Te biedne moje oczy, gdy stwarzałeś,
czerpiąc z toni w otwartą dłoń,
o tym wiecznym spojrzeniu myślałeś,
zachwyconym w niezmierna toń
i mówiłeś:
uniżę się, bracie, uniżę,
nie osamotnię nigdy twoich oczu,
naprzód ukryję się w krzyżu,
potem chlebem w dojrzałym zbożu.
Więc myślę:
dlatego tak się uniżasz,
by nie osamotnić w kosmosie
moich ramoin dalekich od krzyża
i mych oczu oddanych tęsknocie.
7.
Jeśli miłość największa w prostocie,
a pragnienie najprostsze w tęsknocie,
więc nie dziw, że pragnął Bóg,
aby najprostsi Go przyjęli,
ci, którzy dusze mają z bieli,
a dla miłości swej nie znają słów.
Sam, gdy nas umiłował,
prostotą nas oczarował,
biedą, biedą, i siankiem -
Wtedy Matka Dziecinę brała,
na rękach Go kołysała
i otulała Mu stopy w sukmankę.
O cud, cud, cud!
kiedy Boga osłaniam człowieczeństwem
osłoniony od Niego miłością,
osłoniony męczeństwem.
8.
W jednym spojrzeniu dziecięcym
Skupionym w łagodnej Hostii
spotkałem się z Ojcem Niebieskim,
Który patrzał z niezmierną milością.
Przed głębią tego spojrzenia,
W którym ujrzany był świat,
zadrżały oczy moje
jak odsłonięty kwiat.
Syn mówił: oto się spełnia
pragnienie naszej miłości,
że oczy ludzkie patrzą
nie odmienione światłością.
O blask! O stwórcze spojrzenie,
Z którego niezmiernie obficiej
Stworzenie się nowe wyłania,
Nowe światy powstają w ukryciu.
9.
, czuć tę chwilę nicości,
tę chwilę sprzed stworzenia –
i nie odstępować jej nigdy
jak nie odstępuje się cienia.
Powracać ciągle w ten czas,
gdy utulony tylko Twoją Myślą
niewinność większą niż dziecko
i głębszą miałem przejrzystość.
Dziś oszołomiony istnieniem,
zapominam o mojej nicości.
w dalekich się błąkam promieniach,
oderwany od promieni najprostszych.
Lecz jedno spojrzenie w głąb,
które wieczność odsłania z przepływu –
jedno najprostsze spojrzenie,
w którym w Myśli znów Twojej przebywam. –
To wtedy – gdy w blasku ukrytym
skupiam siebie całego,
i staję się znów Twoja Myślą
miłowanym biały żarem Chleba.
10.
Często stamtąd długo na mnie patrzy
spojrzeniami przykuwając mi twarz –
Czy ty wiesz, czy ty wiesz, mój bracie,
jak miłuje nas Ojciec nasz?
Ale głębi owych słów nikt nie zna,
ale przyczyn najdalszych nikt nie wie,
jaka męka to była bezbrzeżna
ta samotność na krzyżowym drzewie.
Lecz nie krew, która w drzewie rozkwitła,
jak rozkwita każdy trud w jutrzejszym chlebie –
tylko to odepchnięcie od Ojca,
to odtrącenie…
Za te słowa: Czemuś mnie opuścił,
Ojcze, Ojcze – za mej Matki płacz –
Ja na wargach Twoich odkupiłem
Dwa najprostsze słowa: Ojcze nasz.
11.
Jest we mnie toń przeźroczysta,
dla mych oczu zasnuta mgłą -
kiedy, jak potok upływam zbyt bystro,
na tak głębokie nie zasługuję dno.
Tam Pan mój co dzień przychodzi i pozostaje -
smuga krwi gdy zatapia się w śnieg -
- i poznany wzajemnie poznaje
i wzajemną obfitością tchnie.
Gdyby wtedy ktoś toń przeźroczystą
potrafił odsnuć z mgły,
ujrzano by – w jakiej nędzy -
ujrzano by – w kim -
i ujrzano by – jaka światłość
zalewa przyćmioną toń,
ujrzano by – w sercu ludzkim,
najprostszym z słońc.
12.
Jest we mnie kraina przeźroczysta
w blasku Jeziora Genezaret -
i Łódź…i rybacza przystań,
oparta o ciche fale…
i tłumy, tłumy serc,
zagarnięte przez Jedno Serce,
przez Jedno Serce najprostsze,
przez najłagodniejsze…
- albo znowu – wieczór z Nikodemem,
- albo znowu – nad brzegiem morskim,
dokąd powracam codziennie,
oczarowany Twą pięknością -
A to wszsytsko: ten wieczór z Nikodemem,
ta kraina i rybacza przystań,
i toń taka przeźroczysta,
i Postać taka bliska -
a to wszytsko przez Punkt jeden Biały
z najczystszej bieli
objęty w sercu człowieczym
krwawym przepływem czerwieni.
13.
Proszę Cię, byś mnie ukrywał
w miejscu niedostępnym,
w nurcie cichego podziwu
lub w nocy posępnej.
Proszę Cię, byś mnie osłaniał
od tej strony, co zapada w mrok
a proszę Cię, byś mnie odsłaniał
ku tej stronie, co przykuwa wzrok
bo wiem o takim ukryciu, że w nim
nic nie rozproszę z tych słońc,
które płoną pod horyzontem
spojrzeń utkwionych w głąb.
A wtedy dokona się cud
przemiany:
Oto Ty staniesz się mną -
ja – eucharystyczny.
14.
Proszę, wyjdź, Panie, ode mnie
i myśli mojej omylnej
nie narażaj na taką niemoc,
nie narażaj na taką bezsilność
- bo nie ma takiej wdzięczności,
aby objęła nieskończoność,
żeby serce objęło Ciebie
słoneczną smugą czerwoną
- a choćby objęło świat
i choćby rozpłonął do szału,
i choćbym rozdał siebie -
wiem, że nic nie oddałem.
A Ty jeszcze co dzień pomnażasz
moją bezsilność,
poddając Twą nieskończoność
pod moją myśl omylną.
15.
Jakże odwdzięczę się morzu, że fale jego ciche
wychodzą, aby szukać moich codziennych zbłąkań?
Jakże odwdzięczę się słońcu, że zachód mnie nie odpycha,
że wieczór i poranek niedługa dzieli rozłąka?
Cóż Ci oddam za tę bliskość,
którą w takim rozniecasz bezmarze,
jak ogniska,
jak serca w równowadze -
Cóż Co oddam za tę poufałość,
którą w dziecięcym spojrzeniu
nawiązujesz, a kończysz chwałą
nieosmuconą w odcieniu -
Cóż Ci oddam za tę bezbronność,
która nie skąpi mi dnia -
przecież Ci, Panie, nie wolno
ufać takiemu jak ja.
Jakże odwdzięczę się morzu, że fale jego ciche
wychodzą, aby szukać moich codziennych zbłąkań?
Jakże odwdzięczę się słońcu, że zachód mnie nie odpycha,
że wieczór i poranek niedługa dzieli rozłąka?
16.
O Panie, przebacz mej myśli, że nie dość jeszcze miłuje,
przebacz miłości mej, Panie, że tak strasznie przykuta do myśli -
że chłodnym myślom, jak nurt, Ciebie odejmuje
i nie ogarnia płonącym ogniskiem
Ale przyjmij, Panie, ten podziw, który się w sercu zrywa,
jak zrywa się potok w swym źródle -
- znak, że stamtąd przypłynie żar -
i nie odtrącaj, Panie, nawet tego chłodnego podziwu,
który nasycisz kiedyś kamieniem płonącym u warg -
I nie odtrącaj, Panie, mojego podziwu,
który jest niczym dla Ciebie, bo Cały jesteś w Sobie,
ale dla mnie teraz jest wszystkim, strumieniem, co brzegi rozrywa,
nim oceanom niezmiernym tęsknotę swoją wypowie.