Brak czasu na wszystko… na miłość też?
wtorek, 20 Październik 2009
Oj, bardzo ostatnio zaniedbałam bloga… Tyle się u mnie dzieje a ja ze zmęczenia nawet nie mam czasu pisać. Czy wspominałam w ogóle, że rozpoczęłam studia na AE? I że wciąż pracuję w McD? I że mam już w swoim pokoju akwarium i kilka rybek? Nie mam dla siebie już dnia wolnego, a przez pracę do 24 ciągle chodzę nie wyspana. Zasypiam w autobusach, pociągu, na wykładach i ćwiczeniach, nad książką i talerzem zupy, nawet z kubkiem kawy w ręce. Zawsze mi się wydawało, że ludzie mówiący, że nie mają czasu na miłość mają nie po kolei w głowie. A ostatnio zaczynam dochodzić do wniosku, że też można mnie do nich zaliczyć. Bo albo mam zajęcia lub jestem w pracy, albo M. siedzi w Rybniku, albo jak już obydwoje mamy czas to jestem zbyt zmęczona żeby się spotkać. Ale nie damy się, i to przetrwamy. A czy nie myślę o zmianie trybu życia? Myślę cały czas. I wiem, że za nic w świecie bym tego nie zrobiła.
No more polsl
czwartek, 5 Marzec 2009
No i cóż. Złożyłam rezygnację ze studiów na polibudzie. Zabrali mi legitymację, jeszcze tylko muszę oddać książki do biblioteki i zapłacić karę za ich przetrzymywanie.
Znalazłam już nawet kierunek, który mogłby być alternatywą i dla polibudy, i dla turystyki (o której rodzice nie chcą w ogóle słyszeć). Są to jednak studia płatne i rodzice znowu mają swoje ekonomiczne racje. Tym bardziej, że jest KRYZYS (jak ja uwielbiam to słowo) i nie wiadomo czy tata za pół roku będzie miał gdzie pracować.
Ja jednak liczę, że jak już się dostanę to pieniądze jakoś też się zroganizują i ćwiczę swoje zdolności plastyczne. Przypominam sobie jak sie trzyma ołówek w ręce, a jak pędzelek i wydaję pieniądze na farbki, pastele i inne pędzelki.
W tej chwili moje największe zmarwtienie to czy przedłużą mi umowę w McDonaldzie. W tej chwili tych pieniędzy potrzebuję jak powietrza, nawet nie wyobrażałam sobie jak te plastyczne duperelki są drogie…
Wyznania zakupocholiczki i rozważania nad codziennym menu
poniedziałek, 16 Luty 2009
Walentynki spędziłam całkiem miło. Byliśmy z M. w kinie na “Wyznaniach zakupocholiczki”, całkiem miła i ciepła komedia… Następnie poszliśmy sobie do Sorento, gdzie mieliśmy zarezerwowany stolik, tak że wieczór uważam za całkiem udany.
Jednak gdy dzisiaj rano oglądałam wyciąg z mojego konta, nie mogłam powstrzymać wydzierającego się ze mnie jęku…
- nowa sukienka z Orsaya 99,90
- nowe kolczyki i spinka do włosów 26,00
- kartki i prezenty walentynkowe 40,50
- bilety do kina 34,00
- restauracja 65,50
i to wszystko wydane w ciagu jednego dnia! Prawie 270 zł!
To nawet nie o to chodzi czy to była rozrzutność, czy nie, tylko o to, że nie umiem stawiać sobie priorytetów… No bo w końcu miałam z każdej wypłaty przynajmniej 600 zł zostawić sobie odłożone na studia w Poznaniu. Z pierwszej nie zostało mi nic, a teraz… ledwie 350 zł.
Tak więc odkrycie to wstrząsnęło mną do głębi, tym bardziej, że wciąż muszę mojemu kochanemu oddać 80 zł…
Jednak pieniądze się mnie nie trzymają…
Ostatnio także,, ponieważ pracuję najczęściej w godzinach od 10 do 18 albo jakoś tak podobnie, to praktycznie nie jadam obiadów. I tak z teoretycznie potrzebnych mi 2600 kcal spożywam ok 1500. No bo przeciętne śniadanie to dwie kromki i coś do picia (ok 400). Do pracy jabłko i coś kupionego na miejscu, np BigMac i frytki – 700 kcal. Następnie kolacja -najczęściej znowu kanapki i coś do picia. Od czasu do czasu jeszcze jakiś jogurt zjem. I tyle.
I jeszcze się okaże, że żyjąc tylko na jedzeniu z McDonalda schudnę ;)
McDonald
wtorek, 16 Grudzień 2008
No i stało się. Zaprzedałam się jednej z najbardziej globalistycznych firm na świecie. Mogłam pracować w eleganckiej restauracji, ale cóż, kwestia płacy (różnica prawie dwukrotna) zrobiła swoje.
Powinnam więc chyba napisać bilans swoich dotychczasowych osiągnięć. Na początku miałam zamiar liczyć kanapki zrobione w ciągu dnia, ale zgubiłam się przy pięćdziesięciu. Na razie na swoich rękach mogę policzyć siedem śladów oparzeń, ale zapewne wkrótce będzie ich więcej ;) Ilość strat: kilkanaście dekli i dwa mięsa.
A co u mnie w domu? Teraz na nic nie mam czasu (to dla odmiany, bo jeszcze tydzień temu miałam go w nadmiarze), ale upiekliśmy pierniczki, ciasteczka, dom się powoli sprząta (nawet mój pokój), i nawet z tatą już tak bardzo się nie kłócę.
Generalnie wszystko wraca na swoje miejsce ;)
Praca na Kaszubach…
czwartek, 31 Lipiec 2008
Dawno już nic nie pisałam, ostatnia notka to prawie dwa miesiące temu… Sesja letnia była, zostały mi jeszcze trzy egzaminy do zdania, byłam miesiąc na Kaszubach… Wspaniały czas, ale nie chce mi się go opisywać… Tylko strasznie tęsknię za tamtymi ludźmi, za atmosferą… Za końmi… Miesiąc pracy przy koniach – coś wspaniałego. Tutaj w domu, nie umiem sobie znaleźć miejsca… Z M. niby się miesiąc nie widziałam, a jakoś tak nawet specjalnie sie nie stęskniłam… Nie wiem,, może nudzi mnie trochę już ten związek? Jesteśmy ze sobą cztery lata, a nic sie nie dzieje… Niby jest dobrze, ale jak zawsze jest dobrze to tez niedobrze… a może się czepiam?
Brakuje mi tych zwariowanych ludzi… Mam 20 lat, a to z nimi pierwszy raz zapaliłam papierosa, piłam wódkę… I dobrze mi z tym było… Dobrze się z nimi bawiłam, dobrze się z nimi pracowało. Nauczyłam się jeździć konno. Trzy razy spadłam z konia. Ile razy zostałam zdeptana to nie policzę… Jestem w domu tydzień i już się nudzę.
Rodzice marudzą mi ze mam uczyć się do egzaminów, ze zawale rok… A ja mam to w nosie. Tam spędzałam 10 godzin dziennie na powietrzu, a tu nigdzie nie mogę się ruszyć… A nawet jakbym chciała to nie mam gdzie. Najchętniej jutro bym tam wróciła. I już została…
Wrócę tam za rok…