Co dalej jest…

wtorek, 4 Listopad 2008

Dziekan podpisał papierek. Podpisał się pod słowem “Odmowa”.

Zgodnie z regulaminem studiów nie można spełnić prośby studentki

Miesiąc im zajęło stwierdzenie, ze w ogóle to od początku wszystkie moje prośby skazane były na niepowodzenie…

Co teraz zrobię? Na razie na pewno poszukam pracy. Na pewno w przyszłym semestrze będę chodzić na matematykę. I spróbuję jeszzce raz ją zdać. Ale czy będę kontynuować studia na Politechnice Śląskiej to się musze głęboko zastanowić… Zraziłam się do tej Uczelni i uraz ten nie szybko minie. Zresztą, po co mi na chama studiować tą energetykę?

O czym teraz myślę? O Poznaniu. O turystyce i rekreacji, albo o etnologii… Łatwiejsze to, przyjemniejsze, a do tego to będzie coś co naprawdę mnie będzie interesować… Będzie mnie to kosztowało wiele samozaparcia, ale myślę, ze warto spróbować…

Ostatnio przez te wszystkie zawirowania na uczelni, bardzo zaniedbałam nasz związek z M. … Cały czas tylko ja i moje problemy… Dzisiaj zwrócił mi na to uwagę i musiałam mu przyznać rację… Ale teraz sprawa jest załatwiona, więc powinno być lepiej…

Mam cudownego męzczyznę u boku… Nikt inny mnie tak nie wspierał jak on…

Zawieszona w próżni

sobota, 25 Październik 2008

No i jestem na urlopie dziekańskim. W indeksie pojawił się ordynarny wpis: “urlop dziekański z powodu niezaliczenia 2 semestru”. Dziękuję bardzo, panie Zajdel, dziękuję bardzo, pani Nowak. Jeśli uważasz że możesz liczyć na przychylność kogoś nad Tobą to się grubo przeliczysz.

Ale ja i tak nie tracę nadziei, jeszcze w końcu jest pan Dziekan. Jeden uprzejmy, aczkolwiek czy skłonny do podpisania odpowiedniego podania to się jeszcze okaże. Na razie chodzę sobie nielegalnie na zajęcia i zdobywam oceny. Chociaż nie ma mnie na liście studentów, nikt tego nie zauważył.

Zaparłam sie kopytami i już nie odpuszczę aż mnie nie wpiszą na ta listę. Bo upartym trzeba być ;)

Źle

środa, 15 Październik 2008

No i nie udało mi się zaliczyć tej nieszczęsnej maty :( Dodatkowego terminu już nie dostanę, pozostaje mi tylko wziąć urlop dziekański i postarać się robić ten rok awansem… Jeśli mi dziekan pozwoli… :(

W sumie i tak niewiele tracę… Żeby kontynuować makro musiałabym poczekać rok, żeby z następnym rocznikiem iść naprzód…

Ale i tak zal jest, tym bardziej ze zorganizowanie jeszcze jednego terminu to nie taka trudna sprawa, ale tu trzeba dobrej woli prowadzącego…

Jeszcze zresztą spróbuję powalczyć o ten awans ale wątpię zeby coś z tego wyszło… Jakby co to pojde do pracy, moze zrobie prawo jazdy… nie bede marnowac roku siedzac w domu

Pomagać?

sobota, 17 Luty 2007

Znowu okazałam się za słaba… Nie cierpię tego… Nie cierpię nie umieć sprostać temu co stawia przede mną życie…

Byłam dzisiaj w Katowicach i jak wracałam i wsiadłam do autobusu to widziałam jednego faceta (troszkę starszego) jak się przewracał na przystanku… Chwilę popatrzyłam – nikt się nie ruszał… Chwilę zastawiałam się czy mi autobus nie ucieknie – no i podeszłam żeby mu pomóc wstać… Był totalonie pijany… Ja takie chucherko – a on z 80 kg… No i dopiero jak zaczęłam się z nim szarpać to wtedy podeszło dwóch facetów i mi pomogło… Jakoś wsadziliśmy go do tego autobusu (też jechał do Zabrza) i pojechaliśmy… Jeszcze z trzy razy spadł z krzesła… I co? znowu dopiero jak ja wstawałam (wiadomo, że sobie bym nie poradziła… aż tak silna to nie jestem…) to pomagali mu usiąść na tym krześle…

Jeszcze co chwilę coś mu wypadało z rąk – to torba, to kapelusz i o wszystko się awanturował… Ludzie poodwracani do okien, udają że nic się nie dzieje, że nic nie widzą… I znowu ja mu wszystko podawałam… A co się nasłuchałam to moje – ile ray mnie wyzwał od złodziejek i satanistek… A mi go tak żal było… I ta totalna znieczulica…

Jakoś tak dojechaliśmy do Zabrza… No i wysiadł… Gdy autobus odjechał, facet znowu się przewrócił… Ale już nie było nikogo, żeby mu pomógł wstać…

Ktoś może powie – zrobiłaś dobrze, co mogłaś zrobić więcej? A mogłam… Powinnam była pomóc mu trafic do domu… Jak już się beirze za kogoś odpowiedzialność to powinno być do końca… Głupio mi, że stchórzyłam, ale z drugiej strony – czy dałabym radę??? =/ Ale nawet nie spóbowałam…

Cholerny świat, ta znieczulica jest okropna… Każdy patrzy tylko na siebie, tylko o sobie myśli… Teraz jesteśmy młodzi, ale skąd możemy wiedzieć, czy za te kilkadziesiąt lat tez tak nie skończymy? A gdyby to był np mój ojciec, dziadek? To okropne  że tak mało ludzi jest gotowych pomagać…

A gdyby facet nie był pijany? Gdyby się przewrócił bo np miał zawał? To przecież oni wszyscy pozwoliliby mu umrzeć… Jak tak można…

Całą trasę od Zabrza do Katowic, do biblioteki, i z powrotem przejechałam w towarzystwie pewnej studentki… Cały czas siedziałysmy obok siebie… Tak jakos wyszło… I ona ani razu nie spojrzała na tego faceta… A przeciez ten dzień minął nam tak samo… W podróży, w towarzytwie tych smych ludzi… Obydwie miałyśmy szansę mu pomóc… Tylko, że ona była starsza… Boję się, że kiedyś też taka się stanę…

Proszę, nie piszcie, jaka to jestem dobra i wspaniała – guzik prawda… Po prostu – następnym razem pomózcie…

P.S. Podobno Polska jest krajem katolickim… Facet pytał się wszystkich po kolei czy wierzą w Boga i czy są ochrzczeni… I zadziwiające – zdecydowana większość odwracała głowę do okna, ktoś się oburzył, jedna dziewczyna powiedziała – nie pana sprawa… Tylko ja jedna powiedziałam – tak… Bo się tego nie nalezy wstydzic… To powód do dumy, a nie żeby z zawstydzeniem i zażenowaniem odwracać głowę do okna…

Prosze nie odbierajcie tej notki jako przechwalania się… Po prostu tak bardzo to we mnie siedzi, ta niezgoda na to co dzisiaj widziałam, że musiała to opiać…

Kończę już, i tak za bardzo się rozpisałam…

O wszystkim i o niczym… Bardziej o wszystkim =P

poniedziałek, 12 Grudzień 2005

Dzisiaj miałam naprawdę dobry dzień =) Dwie piąteczki nie zdarzają się co dzień =D Tym bardziej, że jedna to najwyższy wynik w grupie! =O Jestem pod wrażeniem tego, co zrobiłam, tym bardziej, że są one uczciwie zapracowane =)

Chyba w końcu znalazłam to co chcę studiować. Oceanografia – to brzmi dumnie! =P Faktycznie, to byłoby połączenie moich zainteresowań i może nawet spełnienie części marzeń, ale trzeba przyznać, że poprzeczka jest położona bardzo wysoko… Jest to tylko na jedynej uczelni państwowej w kraju, w Gdyni (to baaaardzo daleko od domu…), i do tego limit miejsc wynosi 80… A jeszcze do tego nie są one jednolite i limit na magisterskie wynosi 16 miejsc… Makabra, toż to prawdziwy wyścig szczurów!

Byłoby cudnie móc to studiować, ale… No właśnie… Dużo tych “ale”…

Primo, niby zawsze chciałam studiować daleko od domu, ale Gdynia to drugi kraniec Polski… Zawsze myślałam o Krakowie, najdalej o Lublinie, tak, żebym mogła wracać do domu na weekendy… Chociaż raz na jakiś czas… A z Gdyni nie będzie mi się opłacało… Za dużo czasu i pieniędzy… Boję się aż takiej samodzielności…

Secundo, praca… Będzie łatwo ją znaleźć, ale tylko za granicą… Ewentualnie z częstymi wyjazdami, być może nawet na drugi koniec świata… Zawsze chciałam podróżować, nie zniosłabym pracy w biurze na zasadzie od 8 do 17, czy czegoś w tym stylu… Rutyna to nie dla mnie… =) Ale z drugiej strony, kiedyś wyjdę za mąż, będę miała dzieci i… co? Z taką pracą nie można być dobrą żoną, a co dopiero matką… Nie chcę,żeby moje dzieci były półsierotami, żeby podrzucać je mamie, ewentualnie teściom… Boję się tego…

Nie chcę, żeby to skończyło się jak, nie przymierzając, związek Stefana i Małgosi (o ironio!) z M jak Miłość…

A z drugiej strony pragnę z tym wszystkim się zmierzyć, sprawdzić, czy dam radę, znaleźć się w tej sytuacji, zaszaleć, chociaż raz, zaryzykować… Zobaczyć, czy jestem dość dobra, by wygrać ten “wyścig szczurów”…

Gdyby mi się udało, to… Nie wiem… Skakałabym z radości, uwierzyłabym w końcu w to, że jestem coś warta…

Ale jeśli się nie uda… Boję się myśleć…

Kto potrafi znaleźć rozsądne wyjście by pogodzić jedno z drugim???

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.