Paranormalne paranoje
poniedziałek, 17 Listopad 2008
Źle się czuję nic nie robiąc. Szukam pracy, ale praca mnie omija szerokim łukiem. Jutro pójdę się dowiedzieć o pracę w McDonaldzie, może tam będą coś mieli dla mnie. Mam już dość komputera i szukania sobie zajęcia. Chciałabym jakoś pożytecznie spędzić czas… Tym bardziej, ze wkrótce przyda mi się trochę gotówki…
Mam dość ciągłych kłótni z tatą.
Mogę liczyć tylko na M. i na moją siostrę. Dla reszty stałam sie powietrzem, nawet przyjeciele przestali się odzywać… :/
Co dalej jest…
wtorek, 4 Listopad 2008
Dziekan podpisał papierek. Podpisał się pod słowem “Odmowa”.
Zgodnie z regulaminem studiów nie można spełnić prośby studentki
Miesiąc im zajęło stwierdzenie, ze w ogóle to od początku wszystkie moje prośby skazane były na niepowodzenie…
Co teraz zrobię? Na razie na pewno poszukam pracy. Na pewno w przyszłym semestrze będę chodzić na matematykę. I spróbuję jeszzce raz ją zdać. Ale czy będę kontynuować studia na Politechnice Śląskiej to się musze głęboko zastanowić… Zraziłam się do tej Uczelni i uraz ten nie szybko minie. Zresztą, po co mi na chama studiować tą energetykę?
O czym teraz myślę? O Poznaniu. O turystyce i rekreacji, albo o etnologii… Łatwiejsze to, przyjemniejsze, a do tego to będzie coś co naprawdę mnie będzie interesować… Będzie mnie to kosztowało wiele samozaparcia, ale myślę, ze warto spróbować…
Ostatnio przez te wszystkie zawirowania na uczelni, bardzo zaniedbałam nasz związek z M. … Cały czas tylko ja i moje problemy… Dzisiaj zwrócił mi na to uwagę i musiałam mu przyznać rację… Ale teraz sprawa jest załatwiona, więc powinno być lepiej…
Mam cudownego męzczyznę u boku… Nikt inny mnie tak nie wspierał jak on…
Pomagać?
sobota, 17 Luty 2007
Znowu okazałam się za słaba… Nie cierpię tego… Nie cierpię nie umieć sprostać temu co stawia przede mną życie…
Byłam dzisiaj w Katowicach i jak wracałam i wsiadłam do autobusu to widziałam jednego faceta (troszkę starszego) jak się przewracał na przystanku… Chwilę popatrzyłam – nikt się nie ruszał… Chwilę zastawiałam się czy mi autobus nie ucieknie – no i podeszłam żeby mu pomóc wstać… Był totalonie pijany… Ja takie chucherko – a on z 80 kg… No i dopiero jak zaczęłam się z nim szarpać to wtedy podeszło dwóch facetów i mi pomogło… Jakoś wsadziliśmy go do tego autobusu (też jechał do Zabrza) i pojechaliśmy… Jeszcze z trzy razy spadł z krzesła… I co? znowu dopiero jak ja wstawałam (wiadomo, że sobie bym nie poradziła… aż tak silna to nie jestem…) to pomagali mu usiąść na tym krześle…
Jeszcze co chwilę coś mu wypadało z rąk – to torba, to kapelusz i o wszystko się awanturował… Ludzie poodwracani do okien, udają że nic się nie dzieje, że nic nie widzą… I znowu ja mu wszystko podawałam… A co się nasłuchałam to moje – ile ray mnie wyzwał od złodziejek i satanistek… A mi go tak żal było… I ta totalna znieczulica…
Jakoś tak dojechaliśmy do Zabrza… No i wysiadł… Gdy autobus odjechał, facet znowu się przewrócił… Ale już nie było nikogo, żeby mu pomógł wstać…
Ktoś może powie – zrobiłaś dobrze, co mogłaś zrobić więcej? A mogłam… Powinnam była pomóc mu trafic do domu… Jak już się beirze za kogoś odpowiedzialność to powinno być do końca… Głupio mi, że stchórzyłam, ale z drugiej strony – czy dałabym radę??? =/ Ale nawet nie spóbowałam…
Cholerny świat, ta znieczulica jest okropna… Każdy patrzy tylko na siebie, tylko o sobie myśli… Teraz jesteśmy młodzi, ale skąd możemy wiedzieć, czy za te kilkadziesiąt lat tez tak nie skończymy? A gdyby to był np mój ojciec, dziadek? To okropne że tak mało ludzi jest gotowych pomagać…
A gdyby facet nie był pijany? Gdyby się przewrócił bo np miał zawał? To przecież oni wszyscy pozwoliliby mu umrzeć… Jak tak można…
Całą trasę od Zabrza do Katowic, do biblioteki, i z powrotem przejechałam w towarzystwie pewnej studentki… Cały czas siedziałysmy obok siebie… Tak jakos wyszło… I ona ani razu nie spojrzała na tego faceta… A przeciez ten dzień minął nam tak samo… W podróży, w towarzytwie tych smych ludzi… Obydwie miałyśmy szansę mu pomóc… Tylko, że ona była starsza… Boję się, że kiedyś też taka się stanę…
Proszę, nie piszcie, jaka to jestem dobra i wspaniała – guzik prawda… Po prostu – następnym razem pomózcie…
P.S. Podobno Polska jest krajem katolickim… Facet pytał się wszystkich po kolei czy wierzą w Boga i czy są ochrzczeni… I zadziwiające – zdecydowana większość odwracała głowę do okna, ktoś się oburzył, jedna dziewczyna powiedziała – nie pana sprawa… Tylko ja jedna powiedziałam – tak… Bo się tego nie nalezy wstydzic… To powód do dumy, a nie żeby z zawstydzeniem i zażenowaniem odwracać głowę do okna…
Prosze nie odbierajcie tej notki jako przechwalania się… Po prostu tak bardzo to we mnie siedzi, ta niezgoda na to co dzisiaj widziałam, że musiała to opiać…
Kończę już, i tak za bardzo się rozpisałam…
Zerwanie z przeszłością
wtorek, 12 Grudzień 2006
Długo się zbierałam, żeby ta notkę w końcu napisać… Do tej pory o tym wszystkim wiedziały może trzy, cztery osoby. Nie jest łatwo, ale w końcu musze to tutaj napisać, żeby nie nosić tego już w sobie…
Pamiętacie historię Ani z Gdańska? Tej, która popełniła samobójstwo po tym jak koledzy z klasy tak bardzo ją poniżyli? Chyba jeszcze nigdy śmierć zupełnie obcej mi osoby tak bardzo mnie nie poruszyła… To było dawno, chyba w zeszłym miesiącu albo dwa temu… A ja wciąż o tym pamiętam i nie umiem pogodzić się z jej śmiercią…
To była piąta albo szósta klasa podstawówki. Teraz już nie pamiętam… Najlepsza klasa w szkole. Wtedy doszło do nas kilku chłopaków z poprzednich lat. Przeklinali, palili papierosy, pyskowali nauczycielom. Wiadomo, imponowali młodszym od siebie. To był ten okres kiedy dziewczyny zaczynają myśleć o chłopakach a chłopcy o dziewczynach…
W połowie roku coś się zaczęło dziać. Początkowo niewinnie, w butelkę na pytania. Na początku neutralne, potem coraz bardziej osobiste, w końcu intymne. W to jeszcze się bawiła, no bo przecież nie będę się wyłamywać prawda?
Potem w naszej klasie założył się klub. Do teraz nie wiem na jakich zasadach on działał, bo nigdy do niego nie należałam… W każdym razie, chłopcy zaczęli się dobierać do dziewczyn. Najpierw to były podszczypywania i głupie komentarze, potem ich ręce na naszych kolanach… I nie tylko…
Nie chcę o tym rozpisywać, co dokładnie się działo, bo i po co… Mi nigdy to się nie podobało i nie zgadzałam się na to… Ludzie w klasie zaczęli mnie unikać. Bo byłam inna. Przyjaciółki się odwróciły, znajomych spoza klasy nie miałam… Zostałam sama. Zupełnie sama. więc się zamknęłam w sobie…
Nie mogłam o tym nikomu powiedzieć… Mama była wicedyrektorką, jakbym jej powiedziała to w szkole wybuchłaby wielka afera… Nie tylko pozostałabym sama, ale jeszcze wszyscy wytkali by mnie palcami…
Czy miałam myśli samobójcze? Miałam. Nie raz nie dwa chciałam wtedy odebrać sobie życie… Ale zawsze miałam poczucie, że ktoś mnie kocha… Mam wspaniałą rodzinę, nigdy nie czułam się odrzucona przez mamę albo tatę. Nie umiałam tego im zrobić… Wtedy tez po raz pierwszy doświadczyłam obecności Jezusa… W końcu – tylko Jemu mogłam opowiedzieć o tym wszystkim, o tym, jak się czułam…
Kiedyś na godzinie wychowawczej mieliśmy anonimowo napisać na karteczkach, co nam się w klasie nie podoba… Wtedy napisałam o wszystkim… Oczywiście nie pozostało to anonimowe, koleżanka z ławki musiała widzieć i powiedzieć innym co napisałam…
Jedynym krokiem, jaki podjęto wobec naszej klasy było to, że klasy na przerwach pozostawały otwarte i nauczyciele czasem wchodzili… Poczułam się oszukana… Już nikt wtedy ze mną nie rozmawiał. Kapuś. Kabel. Lizus.
Wtedy jakoś powoli to ucichło… Czy do końca pozostałam wierna swoim zasadom? Nie… Niestety, miałam już tak dość samotności, że uległam… Po prostu w pewnym momencie tez pozwoliłam tak się traktować… Na szczęście to już była wiosna, i nie trwało to już długo… Na szczęście skończył się ten rok szkolny.
Chciałabym napisać że na tym się skończyło. Że nie miało to żadnego wpływu na moje życie… Niestety, nie mogę tego powiedzieć…
Straciłam całkiem szacunek do siebie. Było mi obojętne co się ze mną będzie działo… Co było wtedy moim marzeniem? Wstyd się przyznać… Sesja w jakimś piśmie typowo dla facetów… Może zarabiać jako prostytutka? Czemu by nie? Do teraz mnie wkurza, że pracując w jakimś night clubie taka dziewczyna zarabia 10 tys na miesiąc…
Jezus bardzo mnie kocha… Nie pozwolił, żebym wpadła w jakieś złe towarzystwo… Nie pozwolił mi spełnić tych “marzeń”…
Poszłam do szkoły, do której miałam najdalej. Nie chciałam mieć z tymi ludźmi już nic wspólnego… Gdy poszłam do gimnazjum salezjańskiego, nikogo tam nie znałam… Byłam bardzo zamknięta w sobie i nieufna… Z jednej strony bardzo potrzebowałam akceptacji, przyjaźni, z drugiej – nikomu nie umiałam zaufać. Z chłopakami w ogóle nie potrafiłam rozmawiać…
Przez całe trzy lata może na palcach jednej ręki można policzyć, ile razy rozmawiałam z facetami… Powoli zaczęłam się otwierać… Religia, Msze klasowe i szkolne… To było to czego potrzebowałam… Zaczęłam zawierać znajomości… Zaczęłam wychodzić z tej mojej skorupki… Szło to topornie, ale szło… Miałam szczęście, że wtedy nikt mnie bardzo nie zranił…
Wtedy, gdy tak powoli się otwierałam, postanowiłam pojechać na obóz wędrowny. W sumie to siostra mnie zmusiła i chyba nigdy za to jej się nie odwdzięczę :) Nie było tam ani jednej osoby, którą bym wcześniej znała, więc nie musiałam się przejmować tym co robię, jak się zachowuję. Chyba po raz pierwszy od podstawówki byłam sobą przy rówieśnikach.
Tam spotkałam M. Tam zaczęliśmy chodzić. Do teraz nie wiem, jak to było możliwe… Chyba słońce, wakacje… W każdym razie to była najwłaściwsza osoba, która mogłam poznać, z którą mogłam zacząć chodzić :) Powoli nauczył mnie otwierać się na innych. Pokazał mi, że nie wszyscy faceci są tacy jak ci z podstawówki… Że tez są wartościowi. Nauczył mnie rozmawiać z ludźmi. Pokazał mi, że jestem wartościowa dziewczyną i że za taką mnie uważa. Dzięki niemu nabrałam szacunku do siebie. Powiedział mi, że jest ze mnie dumny, że jako jedyną dziewczyna potrafiłam się sprzeciwić temu co działo się w klasie. Nigdy wcześniej tak na to nie patrzyłam…
Wybaczyłam mojej klasie. Wiem, że tamte wydarzenia miały wpływ nie tylko na mnie… Jedna dziewczyna jest już matką, większość z nich stała się typowymi lafiryndami… Kumpel, który przez całą podstawówkę mi się podobał zaczął ćpać… Teraz wiem, ze zrobiłam dobrze, ale wtedy nie byłam tego taka pewna…
Tamte wydarzenia cały czas mają wpływ na mnie. Do teraz zdarza mi się czuć skrępowana w obecności chłopaków, zwłaszcza jeśli jest ich kilku. Pracuję nad tym. Jest coraz lepiej. Nie mogę w końcu pozwolić by tamte doświadczenia zawsze mnie już krępowały, więziły. Z drugiej strony, to one mnie ukształtowały taką jaka jestem. Więc może były potrzebne? Nie mogę się ich wyrzec, muszę uczyć się żyć z nimi…
M., Skarbie, dziękuje Ci =*
Jest źle, będzie lepiej
wtorek, 21 Listopad 2006
Właśnie wróciłam z angielskiego… Po drodze dzwoniłam do M. … Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Cześć Kochanie, co robisz?
- uczę się do egzaminu…
- do tego za tydzień? Jak Ci idzie?
- jakoś… Powoli… A co u ciebie?
- właśnie wracam z Britamu
- tak myślałem
- przyzwyczaiłeś się już, że zawsze o tej porze dzwonie we wtorki?
- nie, po prostu taka pora…
(cisza)
- tęsknię za Tobą… Smutno i źle mi bez Ciebie…
- no, ja za toba też. Przepraszam, że nie przyjechałem pod szkołę… Gotowałem obiad…
- nie szkodzi
(cisza)
- chciałabym się przytulić do Ciebie
- nie miałbym nc przeciwko
(cisza)
- co jest Gosia? Jakaś nie w sosie jesteś…
- bo się martwię…
- czym?
- wszystkim: tym, ze nam się nie układa, studiami, guzkiem…
- rozumiem cię
- jasne
- no naprawdę
(cisza)
- wiesz co, ja może skończę tą rozmowę, to i tak nie ma sensu…
- no, coś się nie klei… Masz ostatnio zle dni, albo nawet zły okres…
- jesienna chandra…
(cisza)
- kiedy się spotkamy?
- chyba dopiero w weekend
- a może dasz radę przyjechać w czwartek pod szkołę?
- jeszcze nie wiem, co będe robił w czwartek…
(cisza)
- dzwoniłam, żebyś mnie jakoś pocieszył…
- ale ja przez telefon nie umiem…
- to ja kończę… pa, Kochanie.
***
Ja nie wiem co ja mam myśleć… Czuję się tak, jakby tylko mi zalezało na tym związku… Mam wrażenia, ze M. unika spotkania się ze mną… Nie wiem czemu… I źle mi z tym, nie chce się z nim rozstawac, nie chcę wierzyć, że to może być koniec, nie umiem się z tym pogodzić… Chcę walczyć, bo mi zalezy…
A moja mama ma dzisiaj urodziny… I pyta się mnie co u M. słychać? A ja, że wszytsko w porządku, uczy się do egzaminów i życzy jej wszytkiego najlepszego.
Kłamstwo.
Niczego takiego naie napisał, nie powiedział…
On jest tak daleko od spraw, które sa dla mnie ważne… Ani razu nie zadzwonił w czasie matur próbnych z zapytaniem jak mi poszło albo żeby życzyć mi powodzenia… A ja tak czekałam… Nawet jak spotkaliśmy sie w piatek to nic nie pytał, dopiero jak jego siostra i mama się zapytały to chyba przypomniał sobie, że ja coś pisałam…
Już nie napisze, że ja staram się dowiadywac o wszystkie jego egzaminy…
Albo z tym guzkiem… Ani razu się mnie nie zapytał jak się czuję, choc tylko jemu o tym powiedziałam (oprócz tego bloga). A ja naprawde tym się martwię…
chciałam oprzeć się
o twoje ramię
i upadłam
napotkawszy pustkę
Ale ja nie pozwolę, żeby to tak szybko sę skończyło, za dużo serca, za dużo samej siebie włozyłam w ten związek. Ja cały czas pamiętam nasz pierwszy pocałunek, pierwsze rozmowy, obóz wędrowny, na którym sie spotkaliśmy, tyle godzin rozmów, to jak bardzo tęksniłam za nim na obozie integracyjnym… Spotkania na długich przerwach w szkole, komentarze Wnuka…
Nasze spotkania na Pętli po lekcjach, gdy staliśmy pod drzewami…
Pamiętam to, jak powiedziałam mu że zastanawiam się nad póściem do zakonu, pamiętam ten ból w jego oczach i to, jak dodawał mi otuchy…
“Będę z toba tak długo jak tylko mi pozwolisz, aż nie przekroczysz furty klasztoru” – tak mi powiedział… Uwierzyłam mu…
Dzięki niemu zrozumiałam, że to nie było powołanie, tylko chęc ucieczki przed śwatem… On to pomógł mi się otworzyć na niego, dzięki niemu mam teraz przyjacił, potrafię rozmawać z ludźmi, juz się ich nie boję…
Ja pamiętam, jak potrafił patrzeć na mnie, a we mnie wszystko topniało… Nasze wspólne problemy, rozmowy, którym nie raz i nie dwa towarzyszyły łzy, gdy mówiliśmy o naszej dość ciemnej przeszłości, gdy wyznawaliśmy przed sobą nasze największe tajemnice…
Pamiętam jak pierwszy raz przyniósł mi kwiaty… To było z okazji Walentynek… Jak mi miło było z tego powodu… I pamiętam jak pierwszy raz zapytał się mnie czy wyjdę za niego, wtedy jeszcze zastanawiałam się nad zakonem… Nic mu nie powiedziałam, ale wszytsko we mnie krzyczało, że chcę… A potem wielokrotnie obiecywaliśmy sobie że będziemy razem, ze pobierzemy się…
I pamiętam rozmowy o naszej przyszłości, gdy rozmawialiśmy o planach na przyszłość… O wszytskich co by było gdyby… O tym, jak naszemu dizecku damy na imię… Paweł Józef, tak wybraliśmy…
Pamiętam te wszytkie wieczory gdy lezeliśmy u niego wtuleni w siebie, a wszytsko we mnie śpiewało: “The smile on your face lets me know that you need me, There’s a truth in your eyes saying you’ll never leave me, The touch of your hand says you’ll catch me whenever I fall… You say it best… when you say nothing at all…”
To wpatrywanie się w siebie, te wyznania, że potrzebujemy się do szczęścia, te rozradowane jego oczy… Najpiękniejsze na świecie… Jego uśmiech, dłonie…
Te masaże i pocałunki, niektóre piękne inne takie, że do teraz się czerwienie na ich wspomnienie…
To wszytko i jeszcze więcej przezyliśmy razem… I ja nie pozwolę, zeby to tak po prostu się skończyło… Przeciez się kochamy…
Musimy tylko na nowo zachwycić się sobą, znaleźć w sobie to źródło miłości…
I wierzę, ze tak będzie :)
Let’s me know that you need me…