Rozwazania na temat grzechu (11)
poniedziałek, 13 Luty 2006
Problem z głowy
Niekiedy spotykamy się z zarzutami pod adresem katolików, że w sprytny sposób załatwiają problem swoich grzechów. Mianowicie naświntuszą, narozrabiają, a następnie powiedzą o tym księdzu na ucho w konfesjonale i mają problem z głowy. Mają problem z głowy, to znaczy mogą znów robić to samo, aby po jakimś czasie ponownie pojawić się w konfesjonale i powtórzyć całą operację.
Taki zarzut jest bardzo ciekawy. Pokazuje, że czasami jesteśmy postrzegani jako ludzie, na których życie wyznawanie grzechów Bogu nie wywiera realnego wpływu.
Przedstawiony zarzut oczywiście tylko częściowo jest prawdziwy. Wcale nie tak wielu katolików spowiada się z dobrym samopoczuciem. Najczęściej ludzie mają świadomość, że noszą w sobie pewien nie rozwiązany problem, słabość, która powróci. Wiedzą też, że do ważności sakramentu pojednania należy naprawienie tego, co się zepsuło. W związku z tym wszystkim niejeden człowiek woli w ogóle się nie spowiadać, przyjmując postawę „uczciwości”. Postawa ta oznacza, że zawiesza się uczestnictwo w sakramencie pojednania do momentu pełnego postanowienia poprawy. Warto jednak zastanowić się, czy nie mamy zbyt rygorystycznego wyobrażenia o owym „postanowieniu”. Nie możemy, przyznajmy, obiecać na sto procent sobie i Bogu, że już nigdy więcej mój „wybryk” się nie powtórzy. Nie zawsze też jesteśmy w stanie usunąć z serca pragnienie powrotu do grzechu, który często popełniamy. Czasami możemy jedynie, ale przecież to już jest bardzo wiele (!), powiedzieć Panu: „Pociąga mnie zło, które mnie niszczy. Boję się, że pokusa znów okaże się silniejsza. Oddaję Ci moje rozdarcie. Pomóż mi, umocnij moje kruche pragnienie zmiany”. Taka modlitwa, gdy płynie z głębi serca, stanowi autentyczne postanowienie poprawy. Naprawdę czynimy wówczas zadość istotnemu warunkowi spowiedzi.
A swoją drogą nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy ktoś myśli o swoim grzechu w taki sposób: „A, zrobię to, bo i tak Pan Bóg mi to wybaczy, gdy się do Niego zwrócę w spowiedzi”. Jeżeli ktoś myśli w podobny sposób, to bardzo niewiele, albo i nic, nie pojmuje z Bożych planów wobec siebie. Przecież to jest tak, jak gdyby mąż myślał sobie: „Mam wyrozumiałą, wspaniała kochającą żonę, więc ją zdradzę. Potem pójdę do niej i przeproszę, i wszystko będzie znowu cacy. I podobnie zrobię jeszcze wiele razy, wiele razy ją zdradzę, bo tak bardzo mnie kocha i jest pełna dobroci. Na pewno więc będzie zawsze przebaczać”. Człowiek myślący w taki sposób nigdy nie zbuduje żadnej prawdziwej i głębokiej miłości ze swoją żoną.
Boże miłosierdzie nie ma stanowić furtki dla naszych grzechów, ale szansę odbudowywania miłości, którą z głupoty, słabości zdradzamy. I postawa serca, gdy przychodzimy po miłosierdzie, powinna być pełna szczerego pragnienia, aby już nigdy nie zdradzać Miłości.
***
Ta notka i niektóre poprzednie nie są mojego autorstwa. Pochodzą one ze strony internetowej www.mateusz.pl. Są zamieszczone bez wiedzy i zgody autora (Wojciech Jędrzejewski OP). Na prosbę autora zostaną usunięte.
Rozwazania na temat grzechu (10)
piątek, 10 Luty 2006
Nasze spotkanie z Miłosiernym – spowiedź
Jezus mówi do Apostołów:
Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane (J 20, 22).
Te słowa są jasne: Bóg udziela swojego przebaczenia przez ludzkie ręce. Więcej, wcale nie muszą to być ręce świętego księdza, żeby przez nie Bóg podarował człowiekowi swoje miłosierdzie. Apostołowie, jak dobrze wiemy, byli słabymi ludźmi, którzy rywalizowali ze sobą, kto jest lepszy, większy. To oni przecież, z wyjątkiem Jana, pouciekali ze strachu, kiedy zaaresztowano Pana. I to do nich właśnie, i konsekwentnie do wszystkich kapłanów świata: tych cudownych i kiepskich, mówi: „Odpuszczajcie grzechy. W mocy Ducha Świętego bierzcie je od ludzi i wyrzucajcie w nicość. Za waszym pośrednictwem będę obdarzał grzeszników moim miłosierdziem”.
Krótko mówiąc: fakt ludzkiego, kapłańskiego pośrednictwa w odpuszczaniu grzechów jest w chrześcijaństwie niepodważalny. Ale na przestrzeni historii zmieniał się sposób sprawowania tego sakramentu. Początkowo, przez pierwsze sześć wieków, jeżeli ochrzczony dopuścił się poważnego grzechu przeciwko przykazaniom Dekalogu, wyznawał swą winę biskupowi i ten nakładał mu pokutę, która była publiczna. To znaczy człowiek stał w kościele podczas Mszy na specjalnym miejscu, odosobniony, a gdy nadchodził moment Komunii, musiał wyjść z kościoła. Nie wolno było mu też w czasie pokuty, która czasami trwała wiele lat, brać udziału w rozrywkach, ale miał oddawać się modlitwie, dziełom miłosierdzia, pościć.
Gdy skończył się czas pokuty i stwierdzono, że grzesznik naprawdę nawrócił się, odżałował, wtedy biskup przed całą wspólnotą Kościoła wkładał na człowieka ręce i modlił się wraz z innymi o odpuszczenie grzechów. Od tej chwili pokutnik wracał na łono Kościoła, był radośnie przyjmowany przez wszystkich i mógł wraz z innymi przyjmować Komunię. Wspólna uczta radości, bo brat wraca do domu i prosi o przyjęcie.
Mniej więcej od VII wieku zaczyna się rozszerzać inny zwyczaj. Rezygnuje się z publicznej pokuty. Ten, kto upadł w poważny grzech, wyznawał go kapłanowi. Gdy ten stwierdził, że człowiek autentycznie żałuje za to, co zrobił, i chce to naprawić, nadawał pokutę i udzielał rozgrzeszenia. Taka praktyka zachowała się do naszych czasów.
* * *
Zatrzymajmy się na chwilę nad słowem „wyznanie”. Bo spowiedź to właśnie wyznanie grzechów. Po łacinie confessio, stąd nazwa na naszą drewnianą budkę: konfesjonał. Zauważmy, że tego słowa nie używamy zbyt często. Ono odnosi się bowiem do trzech najistotniejszych rzeczywistości: wyznaje się miłość, wiarę oraz właśnie grzechy. Jest jakaś powaga w wyznaniu. Dzieje się coś szalenie istotnego. Kiedy dwoje ludzi wyznaje sobie miłość, coś radykalnie się zmienia w życiu obojga. To jest początek nowej, wspólnej drogi. Wyznanie zawiera w sobie pewną nieodwołalność. Kiedy zatem wyznajemy grzechy, pragniemy radykalnej i nieodwołalnej zmiany. Kończy się to, co było, odrzucam grzechy, aby rozpocząć od nowa życie w jedności z Bogiem.
* * *
W spowiedzi jest miejsce na pewien rodzaj terapii. Leczenie polegające na odkrywaniu korzeni grzechu, jego głębszych podstaw, drugiego dna. Równie ważny wymiar to pomoc w rozpoznawaniu Bożych oczekiwań, Jego osobiście skierowanej miłości, która ma prowadzić danego człowieka.
Najważniejszą jednak rzeczą, która dokonuje się w spowiedzi jest pojednanie z Panem Bogiem. Nawiązanie utraconej więzi miłości, którą się przekreśliło przez pójście za czymś sprzecznym z Jego mądrą miłością. I powiedzmy sobie jasno, że jeśli ktoś nie przeżywa na co dzień miłości do Boga jako realnej, kształtującej jego życie więzi, nie będzie też odczuwał pragnienia, żeby ją naprawiać, gdy się zerwie.
***
Ta notka i najblizsze następne nie są mojego autorstwa. Pochodzą one ze strony internetowej www.mateusz.pl. Są zamieszczone bez wiedzy i zgody autora (Wojciech Jędrzejewski OP). Na prosbę autora zostaną usunięte.
Rozwazania na temat grzechu (9)
środa, 8 Luty 2006
Spotkania
Zobaczmy teraz, jak Ewangelia przedstawia spotkanie wyzwalającego Bożego miłosierdzia z konkretnymi osobami.
a) Doświadczenie niegodności
Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów”. A Szymon odpowiedział: „Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci”. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli wiec na wspólników w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim (Łk 5, 4-11).
Piotr na początku swej drogi u boku Mistrza widzi cud Jezusa, cud ewidentny dla niego, świadczący o mocy i niezwykłości Pana. Dla rybaka połów mnóstwa ryb po frustrującej, bezowocnej całonocnej pracy jest mocnym znakiem. Jednocześnie Piotr dostrzega swoją grzeszność. Cud rzuca go do nóg Pana, świadomość grzeszności nie pozwala widzieć możliwości pozostania w Jego bliskości („Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”).
To jest przypowieść o modlitwie, którą powinniśmy zanosić do Jezusa w chwilach wewnętrznego dysonansu: jeszcze słyszymy dźwięk Bożej melodii, jej piękna a jednocześnie wdziera się w to brzmienie fałszywy ton naszego grzechu. Czujemy zapach, woń Chrystusa, który kocha, okazuje swoją moc, interweniuje w oczywisty sposób, a zarazem czujemy smród naszej niewierności, niestałości, rozchwiania. Zetknięcie świętości i grzeszności.
Dramatyczna modlitwa u stóp Jezusa. Czuję się niegodny, ale przypadam Mu do nóg. Nie wolno ci wtedy odejść. Diabeł zrobi wszystko, żeby cię do tego nakłonić. To jest kawał drania. Powie: „Nie wygłupiaj się, kochanienieńki! Kogo z siebie robisz?”
Pan zechce cię przekonać, że jesteś przez Niego powołany jako wybrany uczeń. Przecież jeżeli pozwala ci doświadczać cudów, chce w ten sposób rozbudzić twoją wiarę i pociągnąć za sobą. Z takiej modlitwy masz wyjść poza rozdźwięk między świętym a grzesznym. Masz porzucić porównanie. Masz odkryć, że Święty powołuje ciebie, grzesznika, abyś poszedł za Nim i był na Jego służbie.
b) Doświadczenie skruchy serca i zaufania.
Jeden z faryzeuszów zaprosił Go do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem.
Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: „Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą”. Na to Jezus rzekł do niego: „Szymonie, mam ci coś powiedzieć’. On rzekł: „Powiedz, Nauczycielu!” „Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował?” Szymon odpowiedział: „Sądzę, że ten, któremu więcej darował”. On mu rzekł: „Słusznie osądziłeś”.
Potem zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: „Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje”. Do niej zaś rzekł: „Twoje grzechy są odpuszczone” (Łk 7, 36-48).
Dla kobiety z Ewangelii, która łzami oblewa stopy Mistrza, nie liczą się ludzkie względy. Jedynie pragnienie, aby ocalić swoje życie w Jezusie. Ona przychodzi do domu faryzeusza, gdzie są goście z tych sfer, które obdarzały ją największą pogardą. Jej determinacja jest tak ogromna, że potrafi to wszystko zawiesić, zapomnieć.
Kobieta nie mówi nic. Istotą tego spotkania z miłosiernym Jezusem jest zawierzenie Jego odnawiającej miłości. Przeżywa swą bezradność u stóp Jezusa i zarazem zaufanie Jego mocy.
Drogocenny olejek oznacza jej życie powierzone Jezusowi. Wylane serce na Niego samego. Poprzednie naczynie, w którym był olejek, zostało rozbite. Kobieta doświadczyła swojej kruchości, doświadczyła, że jest glinianym naczyniem, niezdolnym utrzymać drogocennej zawartości. Przelewa siebie w Jezusa, aby w Nim znaleźć bezpieczeństwo i schronienie. Oddaje Mu swoje życie.
W świetle przedstawionej sceny można powiedzieć, że istotą spowiedzi jest powierzenie swojego zranionego serca Zbawicielowi. On, jako jedyny, może ocalić moje życie. Wyzwolić mnie od zagrożenia, od zniszczenia. „Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku” (Iz 42, 3).
c) Doświadczenie rozdarcia
Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. Na to Jezus rzekł do niego: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło” (Łk 19, 1-10).
Zacheusz jest człowiekiem rozdartym: z jednej strony pragnie zmiany, nawrócenia, porzucenia grzechu, równocześnie jednak jest przekonany, że to nie może się zdarzyć.
Chce żyć inaczej. Jezus pojawia się jako światło w mroku, jako ostatnia deska ratunku. Celnik wie, że Mistrz z Nazaretu jest kimś, kto zmienia ludzkie życie, podnosi z upadku, uzdrawia serca. Dlatego bardzo chce Go zobaczyć. Z drugiej strony popatrzenie na Jezusa jest w mniemaniu Zacheusza wszystkim, co może uczynić. Słyszy bowiem w sobie głos: „To niemożliwe, żeby cokolwiek się stało”. Bohater z Jerycha ma świadomość, jak kolosalnie wiele w jego życiu musiałoby ulec przeobrażeniu, gdyby podjął łaskę Pana. Ogrom tej perspektywy wydaje się nie do ogarnięcia. Celnik – to grzech dwadzieścia cztery godziny na dobę; to jego utrzymanie, zawód. Wszystkie mosty łączące go niegdyś z rodakami są spalone: skrzywdzeni ludzie, zszargana reputacja. Nawrócenie nie polega w jego wypadku na porzuceniu jakieś jednej słabości, niegodziwości. Wiąże się z absolutną rewolucją. Trudno mu dopuścić myśl, że jest to realne.
Niesiony pragnieniem włazi na drzewo, aby choć zobaczyć Mistrza, gdy będzie przechodził obok. Wtedy staje się cud. Jezus ściąga celnika na ziemię i wprasza się do jego domu. Idzie do komory celnej zbudowanej z grzechu, zdrady, zdzierstwa. Dom Zacheusza – całe jego dotychczasowe życie wypełnia światło Bożego miłosierdzia. „Zbawienie staje się udziałem tego domu”.
***
Ta notka i najblizsze następne nie są mojego autorstwa. Pochodzą one ze strony internetowej www.mateusz.pl. Są zamieszczone bez wiedzy i zgody autora (Wojciech Jędrzejewski OP). Na prosbę autora zostaną usunięte.
Rozwazania na temat grzechu (8)
niedziela, 5 Luty 2006
Boży gniew i upomnienie
Na przestrzeni całej historii zbawienia słychać zatem świst bicza, który w rękach kochającego Boga służy jako narzędzie nawrócenia krnąbrnego Ludu:
Gdzie was jeszcze uderzyć,
skoro mnożycie przestępstwa?
Cała głowa chora, całe serce osłabłe;
od stopy nogi do szczytu głowy nie ma w nim części nietkniętej:
rany i sińce i opuchnięte pręgi,
nie opatrzone ani nie przewiązane,
ni złagodzone oliwą.
(Iz 1, 5-6)
Czy mamy być zgorszeni takim postępowaniem Pana i Jego rzekome „okrucieństwo” złożyć na karb Starego Testamentu, z którego okowów są wyrwani żyjący już nie „pod Prawem”, lecz „w łasce”?
Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił? Jeśli jesteście bez karania, którego uczestnikami stali się wszyscy, nie jesteście synami, ale dziećmi nieprawymi (Hbr 12,7-8).
Są to słowa nowotestamentalne, nakazujące interpretować prześladowania jako wychowawcze działanie Boga. W podobny sposób stawiali sprawę Ojcowie Kościoła, zwłaszcza w okresie przedkonstantyńskim, gdy chrześcijanie często stawali się przedmiotem ataków lub eksterminacji. Przywołajmy chociażby świętego Cypriana z Kartaginy, który w III w., za panowania cesarza Decjusza, każe dopatrywać się źródeł kolejnej fali prześladowań w licznych grzechach uczniów Jezusa. Wymienia je szczegółowo, poczynając od występków duchowieństwa. Cierpienie doświadczane za sprawą wrogich chrześcijaństwu poczynań Decjusza jest skutkiem niewierności, która pobudza gniew Pana.
Pismo święte kilkaset razy mówi o gniewie Boga. Stanowi on najpierw reakcję na zepsucie i samobójcze decyzje Ludu, który, łamiąc Przymierze, odchodzi od jedynego Oblubieńca i poniża się we flirtach z Baalem. Gniew pobudza Pana do walki o umiłowany Lud, świadczy o tym, że losy Jego Ludu nie są Mu obojętne.
Niezliczone nieszczęścia, jakie spadały na Izrael, upokorzenia spowodowane pustoszącymi najazdami okolicznych narodów, deportacje i niewole, klęski żywiołowe, przegrane walki, stanowiły bolesne ciosy karcącej ręki kochającego Ojca.
Dlatego się rozpalił gniew Pana
przeciw swojemu ludowi,
wyciągnął na niego rękę, by wymierzyć cios,
aż góry zadrżały.
(Iz 4, 25)
Doświadczany Lud, pouczany przez proroków, potrafił zrozumieć sens swoich udręk:
Oto Tyś zawrzał gniewem, bośmy grzeszyli
przeciw Tobie od dawna i byliśmy zbuntowani.
My wszyscy byliśmy skalani,
a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata.
My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście,
a nasze winy poniosły nas jak wicher.
Nikt nie wzywał Twojego imienia,
nikt się nie zbudził, by chwycić Ciebie.
Bo skryłeś Twoje oblicze przed nami
i oddałeś nas w moc naszej winy.
A jednak, Panie, Tyś naszym Ojcem.
Myśmy gliną, a Ty naszym twórcą.
Dziełem rąk Twoich jesteśmy my wszyscy.
Panie, nie gniewaj się tak bezgranicznie
i nie chowaj w pamięci ciągle naszej winy!
(Iz 64, 4-8)
Niezmiennie Stwórca „ zazdrośnie pożąda [...] ducha, którego w nas utwierdził” (Jk 4, 5). Ilekroć więc postępujemy jak cudzołożnicy, którymi stajemy się poprzez przyjaźń ze światem (w nowotestamentalnym znaczeniu tego słowa, to jest ze wszystkim, co w tym świecie sprzeciwia się Bogu i Jego prawdzie), powinniśmy spodziewać się gniewu Pana. Co odróżnia ów gniew od zemsty? Odwet jest ostatnim słowem w konflikcie. Zamyka sprawę w poczuciu wypełnionej sprawiedliwości. Jak na filmach: zdradzony mąż zabija kochanka niewiernej żony i, według ściśle ustalonego scenariusza, udaje się w inne miejsce, aby rozpocząć nowe życie. W działaniu Boga, ostatnim słowem jest wezwanie: „Wróć”. Karcenie ma za cel przemianę serca, zdobycie na nowo dla siebie niewiernej Oblubienicy:
Wróć Izraelu-Odstępco – wyrocznia Pana.
Nie okażę wam oblicza surowego, bo miłosierny jestem – wyrocznia Pana –
nie będę pałał gniewem na wieki.
Tylko uznaj swą winę,
że zbuntowałaś się przeciw Panu Bogu swemu.
[...] Jeśli chcesz powrócić, Izraelu,
możesz do Mnie powrócić [...], a jeśli oddalisz swe bóstwa,
nie potrzebujesz się błąkać z dala ode Mnie.
(Jr 3, 12-13; 4, 1)
Odpowiedź, którą rodzi zesłana udręka najpiękniej wyraża się w ufnym wezwaniu:
Chodźcie, powróćmy do Pana!
On nas zranił i On też uleczy,
On to nas pobił, On ranę zawiąże.
Po dwóch dniach przywróci nam życie,
a dnia trzeciego nas dźwignie.
(Oz 6, 1-2)
Jest to Boska umiejętność nazywać grzech po imieniu, dawać odczuć ciężar odstępstwa przez karę, nie odcinając zarazem drogi powrotu. Kiedy Bóg wypowiada walkę naszemu grzechowi, potrafi, co prawda, boleśnie zranić „przeciwnika”, lecz nigdy nie pozbawia go szans na prośbę o ułaskawienie. Stawką jest bowiem życie albo śmierć. Przegrana człowieka oznacza jego zwycięstwo: dać się pokonać, uznając własną winę, i zdobyć się w najgłębszym upokorzeniu na decyzję: „Wstanę i pójdę do mojego Ojca”. Zacięcie się w urażonej dumie to trwanie w śmierci, którą sprowadził grzech.
Jezus od momentu, kiedy raz wszedł w starcie z faryzeuszami i uczonymi w Prawie, nie zrezygnował ani przez chwilę z prób przebudzenia ich z otumanienia hipokryzji, raniąc raz po raz ostrym słowem jak mieczem. Charakterystyczna w tej konfrontacji jest troska o każdorazowe pozostawienie uchylonych drzwi-szansy. Uderza nie dla zamroczenia, lecz po to, by rozjaśnić w głowach. W odpowiedzi na najbardziej bolesne i przewrotne oskarżenie o konszachty z Belzebubem, mocą którego „hoksztapler” z Nazaretu wyrzuca złe duchy, Jezus apeluje do zdrowego rozsądku: Jak królestwo, w którym trwa wojna domowa, może znakomicie prosperować?!
Ową Boską pedagogią kieruje „świadomość” prawdziwego oblicza wszelkiego grzechu i nieprawości. Człowiek w rzeczywistości jest bardziej jego ofiarą niż sprawcą. Pan modlił się na krzyżu: „Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą co czynią”. Jeśli wchodzimy we flirt ze złem, postępujemy jak dzieci, które czując, co prawda, że łamią zakaz rodziców, nie są w pełni świadome rozmiarów katastrofy, jakią mogą spowodować. Nieszczęśnika trzeba zatem uwolnić ze śmiertelnego zagrożenia, nie zaś odrzucić. „Zbawić, a nie potępić” (J 3, 17). Bóg patrzy na nasz grzech bardziej w kategoriach dramatu niż draństwa.
Miłość Boża, którą Duch Święty rozlewa w naszych sercach jest zarazem czuła, mocna, pełna miłosierdzia i stanowcza. „Nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą” (Rz 13, 6). Nie szuka swego, lecz dobra ukochanych istot. Dobro to jednak widzi nie w perspektywie maksymy: „Aby wszyscy dobrze się czuli”, lecz według powołania do pełni życia. Gniewa ją więc każdy przejaw śmierci i jej panowania, dlatego walczy, lecz nigdy na oślep.
***
Ta notka i najblizsze następne nie są mojego autorstwa. Pochodzą one ze strony internetowej www.mateusz.pl. Są zamieszczone bez wiedzy i zgody autora (Wojciech Jędrzejewski OP). Na prosbę autora zostaną usunięte.
Rozwazania na temat grzechu (7)
piątek, 3 Luty 2006
„Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?”
Są dwa rodzaje śmierci: fizyczna oraz duchowa. Tę drugą „zawdzięczamy” grzechowi.
Fizycznie człowiek umiera od narodzin, tyle że do pewnego momentu jest to umieranie dzieciństwa na korzyść dorosłego, a potem z górki: od dorosłości do starości. Doświadczenie śmierci „ciała” jest czymś, co depcze nam po piętach niemalże na każdym kroku. Nie tylko przez własne kryzysy zdrowotne albo odejścia bliskich czy dalekich ludzi, ale także poprzez przemijanie rzeczy. Czego byśmy się nie tknęli, to topnieje to w rękach. Przemijalność rzeczy jest przypowieścią o naszym własnym odchodzeniu z tego świata.
Śmierć duchowa dopada nas wtedy, gdy pozwalamy, by nasze wnętrze: to, co Biblia nazywa sercem (korzeń i źródło całej wewnętrznej prawdy osoby), było rozdarte przez grzech. Co to konkretnie znaczy? Jeśli wydaję siebie samego moim namiętnościom: np. chorobliwej ambicji, wściekłości, nienawiści, cynizmowi, pożądliwości, kłamstwu itd., to wtedy mój duch zostaje rozerwany na dziesiątki części. Rozszarpane wnętrzności duchowe. W takiej sytuacji prawdziwe życie, czyli zdolność do odpowiedzenia miłością na miłość Boga, musi ze mnie uciekać, gasnąć.
Gdy obie śmierci zbiegną się w człowieku, to jego przeprowadzka z tego świata jest rozpaczliwa. Cały bowiem majątek, który nagromadził, rozmieniając na drobne swe serce, znika: nie ma już władzy, pieniędzy, sukcesów, zdobytych ludzi, ciał. Jest bankrutem. Sama śmierć fizyczna, bez tej spowodowanej grzechem śmierci duchowej, może być uciążliwa, ale nie musi budzić rozpaczy. Albowiem w tajemnicy mojej osoby, mojego serca, kwitnie życie, które opiera się na odpowiedzi miłości danej Bogu. On, wieczne Życie, woła mnie. Gdy idę za tym głosem, skupiając całą swą duchową moc na owej odpowiedzi, wówczas rodzi się we mnie coraz pełniejsze, prawdziwsze życie. Śmierć fizyczna zostaje odtragizowana, uwolniona od cienia rozpaczy. Odchodzę bowiem z tego świata na Bożej fali, która porwała mnie i mną zawładnęła.
Aby ratować nas od duchowej agonii, Zbawiciel nie zawaha się przed zadaniem nam bólu, nie cofnie swej ręki, aby nas zranić. Wszystko jednak po to, abyśmy doznali uleczenia.
Ten, który rani i sam leczy
Pewien wikary w czasie wakacji zastępował na Podhalu miejscowego proboszcza. Podczas niedzielnej sumy grzmiał z ambony, piętnując wszystkie grzechy wymienione przez Dekalog. Po Mszy jeden z górali przyszedł do zakrystii i oznajmił księdzu: „Kazanie to może mówić do nas proboszcz, a wy sobie głoście homilię”.
Karcić ma prawo ten, kto udowodnił, że kocha: poprzez obecność, czas poświęcony ludzkim troskom i potrzebom, słowem: gdy złożył siebie w ofierze dla tych, którzy zostali mu powierzeni. Bóg zatem posiada to prawo w najwyższym stopniu, gdyż odwiecznie nam się ofiarowuje: w stwórczej Dobroci, Opatrzności, Odkupieniu.
***
Ta notka i najblizsze następne nie są mojego autorstwa. Pochodzą one ze strony internetowej www.mateusz.pl. Są zamieszczone bez wiedzy i zgody autora (Wojciech Jędrzejewski OP). Na prosbę autora zostaną usunięte.